Samoobrona Samoobrona RP
powiat łódzki
Łódź
 
 
       


Kontakt
Samoobrona Rzeczpospolitej Polskiej
Łódź
chwilowa zmiana adresu
tel. 042-
e-mail: lodz.samoobrona@vp.pl
 

Zapraszamy na
otwarte spotkania w
pierwszy i trzeci poniedziałek
miesiąca o godz.1700 - 1745
W pierwszy poniedziałek obecność członków i kandydatów obowiązkowa.
 

Spotkania czlonków i kandydatów

pier. pn. m-ca: Bałuty
pier. wt. m-ca: Polesie
pier. śr. m-ca: Śródmieście
pier. czw. m-ca: Widzew
pier. pt. m-ca : Górna

 

Koordynator ds. wyborów na okręg wyborczy obejmujący zasięgiem miasto Łódź

Władysław Sikorski

Władysław Sikorski
tel. 605 405 807

Członek Rady Krajowej
Nasz Dom Polska Samoobrona
Andrzeja Leppera
woj. łódzkie
koordynator na woj łodzkie
Krzysztof Sikora

Krzysztof Sikora

Członek Rady Krajowej
Nasz Dom Polska Samoobrona
Andrzeja Leppera
woj. łódzkie

Przewodniczący ZZR
województwa łódzkiego

Andrzej Prochoń

Andrzej Prochoń
tel 721 296 738

Przewodniczący ZZR Samoobrona
powiatu łódzkiegp
Paweł Frankowski

Paweł Frankowski
tel. 0 601 25 28 72


 

Wiceprzewodniczący ZZR Sammobrona
powiatu łodzkiego
Krzysztof Łysyganicz

Krzysztof Łysyganicz

pomoc techniczna
 

 

 

Porady
udzielają co czwartek o
godz.1700 - 1800

Majkowski Bronisław

sprawy prawne
Witeska Jerzy

sprawy prawne
Sikorski Władysławsprawy mieszkaniowe, lokalowe, samowole budowlane, odszkodowania, ubezpieczenia

Kusowski Ryszardprawo pracy, BHP

 

SAMOOBRONA RP Łódź
Dodaj do ulubionych !
 

ostatnia aktualizacja: 16.VII.2011
 

 
 

16.7.2011

Kondolencje


Składamy wyrazy współczucia Krystynie i Pawłowi Frankowskim,
z powodu śmierci mamy, pana Pawła.

Zarząd partii i związku





15.7.2011
Andrzej Prochoń




Tragedia w Łódzkiem





To co się wydarzyło ( klęska żywiołowa) wczoraj w naszym województwie - to istny kataklizm. Jak nam powiedział Andrzej Prochoń, który był na miejscu zniszczeń - przywrócenie budynków do stanu pierwotnego, wymagać będzie czasu i bardzo dużych nakładów finasowych.

W tym miejscu aplujemy do wszystkich ludzi dobrej woli - pomóżmy ! ! ! .

Wszystkich którzy mogš pomóc, bez względu na formę, prosimy o kontakt z Panem Andrzejem Prochoniem.

redakcja





12.7.2010
Andrzej  Lepper

Lista Leppera część 8





RZECZPOSPOLITA AFERALNA


Warszawa, 2002

Jeśli wierzyć filozofom, to w każdym z nas bez przerwy toczy się walka dobra ze ziem. Wszyscy mają coś ze złodzieja i coś z filantropa, z lenia i pracusia, z kanalii i świętego. To, że światem nie rządzi zbrodnia, a podstawowe normy moralne uznawane są przez ludzkość na każdym stopniu rozwoju i najbardziej oddalonych zakątkach świata, zawdzięczamy wychowaniu w rodzinie, edukacji w szkole oraz prawu stanowionemu przez państwo. Nawet jeśli jeden z tych elementów zawiedzie, pozostałe utrzymują człowieka i obywatela w karbach zachowań, przyporządkowanych raczej dobremu, aniżeli złemu.

Afery gospodarcze, które wybuchały w Polsce po roku 1989, niewątpliwie zawinione były przez ludzi o konkretnych nazwiskach. Ci ludzie powinni stanąć przed sądem i odbyć kary stosowne do popełnionych win. Odpowiedzialność powinni ponieść także ci, którzy nie dopilnowali, by wraz z transformacją ustrojową następowała w naszym kraju transformacja prawa. To znaczy politycy, którzy albo z powodu braku znajomości rzeczy (co jest winą mniejszą), albo w złej wierze i dla osobistych korzyści tak manipulowali państwem i prawem, żeby przestępcom umożliwić oszustwa, malwersacje oraz kradzież na wielką skalę.

Wraz z upadkiem starego - jak się mówi, słusznie minionego - systemu politycznego nastąpiło zachłyśnięcie nowym systemem, który przedstawiano jako ustrój nieograniczonych możliwości. W amerykańskim micie kariery od pucybuta do milionera Polacy nie dostrzegli pochwały dla ciężkiej pracy, pomysłowości i przedsiębiorczości, za to bardzo spodobało im się wyrwane z kontekstu powiedzenie, że pierwszy milion trzeba zdobyć nieuczciwie. Takie kariery, jak: Aleksandra Gawronika, Ireneusza Sekuły, Zygmunta Solorza, Bogusława Bagsika czy Lecha Grobelnego były omawiane w mediach, chwalone przez polityków i podziwiane przez zwykłych ludzi. Pół żartem, pół serio, ale bardziej serio -- politycy i publicyści wyznawali teorię patrzenia przez palce na tworzenie się klasy średniej, zniszczonej - jak mówiono - przez realny socjalizm. A więc od początku transformacji istniało stymulowane przez władzę i media, przyzwolenie społeczne na zgoła nieuczciwe przechodzenie z grupy pracowników (pracobiorców) do grupy biznesmenów (pracodawców). Czy ktoś pamięta jeden krytyczny artykuł czy audycję, jeden ganiący głos polityka na temat początków kariery Gawronika albo Grobelnego? Przedstawiano ich jako wzór do naśladowania dla wszystkich Polaków. Ich cwaniackie metody pomnażania zysków, wspierane przychylnym nastawieniem władz, z korupcją w tle, określano jako przedsiębiorczość!

Trzynaście lat temu podziwiałem klasę polityczną, która przy Okrągłym Stole w świetle reflektorów i z udziałem kamer telewizyjnych osiągnęła historyczny kompromis, oznaczający nowy etap w historii Polski. Dziś oskarżam tę samą klasę polityczną, wówczas zgromadzoną - już bez mediów - przy stole w Magdalence, o to że rozpoczęła haniebny podział społeczeństwa na tych, którzy mają przywileje ł na tych, którzy owych przywilejów zostali od początku pozbawieni. Tak samo winna jest tzw. strona solidarnościowa, jak strona wówczas rządowa. W politycznym, a więc również ekonomicznym podziale łupów, wzięli udział tylko wtajemniczeni. Ze strzępów odkrywanych po latach faktów można zaledwie domyślać się znaczącej w tym procesie roli służb specjalnych - zarówno PRL-owskich, jak i nowo tworzonego Urzędu Ochrony Państwa. Pod wychwalanymi pod niebiosa hasłami o wolnym rynku, konkurencji i wolności gospodarczej, w kolejnych parlamentach i rządach tworzono przepisy sprzyjające, jeśli nie służące wyprowadzaniu ogromnych pieniędzy z budżetu państwa, przemytowi, unikaniu płacenia podatków.

Była to kradzież. Zwykła co do metody i niezwykła co do skali. Obrzydliwa, bo popełniana w majestacie ułomnego prawa i pod ochronnym parasolem skorumpowanego aparatu państwowego. Wielkie kwoty pochodzące z głośnych afer gospodarczych trafiały do kieszeni biznesmenów (tak pojmowano sposób odradzania się klasy średniej) oraz polityków (tak pojmowano sposób tworzenia się nowego ustroju). Ta skaza, leżąca u zarania zmian społecznych, politycznych, a nade wszystko ekonomicznych, sprzyjała tworzeniu się oszałamiających fortun. A tam, gdzie pojawiały się wielkie pieniądze, od razu tworzyły się zręby zorganizowanej przestępczości. Polska nie musiała importować mafii włoskiej, rosyjskiej, czeczeńskiej czy innej; Polska stworzyła własną mafię.

Obok mafii kryminalnej od początku przemian istnieje mafia polityczna. Powstała z przemian ustrojowych i na potrzeby nowych mechanizmów politycznych. Co oznacza słowo..."wybory"? Główna zasada demokracji.

Pod tym pojęciem kryją się kampanie wyborcze, fundusze na te kampanie, reguła, że im większe nakłady, tym lepszy wynik wyborczy. Wielka część szybkich fortun finansowych była przeznaczana na wybory, czyli na zdobycie władzy, która z kolei pozwalała na zbijanie kolejnych majątków, z których część wędrowała do partyjnych sakiewek, itd. Koło się zamyka.

Czy ktoś pamięta nazwisko polityka biorącego udział w aferach gospodarczych, który by stanął przed sądem i poszedł do więzienia? Proszę podać choć jedno nazwisko...

Samoobrona dąży do tego, żeby ludzi, którzy mieli tyle władzy, aby wpływać na państwowe procesy ustawodawcze i wykonawcze, i którzy odegrali niesławną rolę w aferach, oddać w ręce prokuratury i sprawiedliwie osądzić. A jeśli nie zdoła tego dokonać wobec wszystkich winnych, chociażby z powodu przedawnienia, to przynajmniej nazwie tych ludzi po imieniu. Złodzieja złodziejem, oszusta oszustem, szkodnika szkodnikiem, skorumpowanego skorumpowanym.

Po tym wstępie, zarysowującym mechanizm powstawania przekrętów finansowych na wielką skalę, ich funkcjonowanie oraz wskazującym na bezkarność ich głównych aktorów, zapraszam na krótki spacer po najgłośniejszych aferach III Rzeczpospolitej.

Fundusz Obsługi Zadłużenia Zagranicznego.

Państwo, służby specjalne, wielkie pieniądze - to była afera, która na pewien czas zawładnęła wyobraźnią Polaków. Jeśli chodzi o kwotę i liczbę zaangażowanych osób afera FOZZ nie jest jeszcze największym przekrętem. Swoją sławę najgłośniejszej afery III RP zyskała dzięki temu, że obnażyła klasyczne metody wyciągania państwowych pieniędzy i przekładania ich do prywatnych kieszeni, przy użyciu i pod ochroną układów politycznych. Sprawa ta - jak żadna inna - pokazuje kompletną bezkarność ludzi podejmujących decyzje w rządzie, parlamencie, banku centralnym i służbach specjalnych.

Nieprawidłowościami w FOZZ organa ścigania zajmują się od z górą 11 lat, czyli niemal od początku..."nowej Polski". Do dziś nie odnaleziono winnych, więc ich nie ukarano. Koszty przewlekającego się postępowania powiększają się o wciąż nowe sumy. Nie zdziwiłoby mnie, gdyby wkrótce okazało się, że nakłady na ustalanie prawdy w tej sprawie przerosły początkowe straty budżetu.

Oto prokurator, który przedstawił sądowi ewidentnie niepełny i wadliwy akt oskarżenia, przez lata dalej prowadził śledztwo. Zmieniający się ministrowie sprawiedliwości i prokuratorzy generalni - niezależnie od ich..."koloru" politycznego - nadzorują postępowanie i nie widzą nic złego w tym, że trwa ono tak długo. Nawet gdyby wreszcie ustalono nazwiska winnych, to nie będzie można nikogo osądzić z powodu przedawnienia. Kto za to odpowiada, jeśli nie ministrowie sprawiedliwości? Za co ci ludzie biorą od lat wcale niemałe pensje, odprawy, a pewnie już i emerytury?! Jak długo ich nieudolność będzie obciążała budżet państwa, czyli nas - podatników?! Przecież to jest jawna kpina z Polski i Polaków!

Proces w sprawie FOZZ zaczął się dopiero w roku 2000 -dziewięć lat po wszczęciu śledztwa - i śmiało można go nazwać odpryskowym, ponieważ na ławie oskarżonych zasiadło zaledwie pięciu winnych, a akt oskarżenia obejmował wyłudzenie 27 milionów z prawie 350 milionów złotych, które zmarnotrawiono lub zdefraudowało w FOZZ.

Pomysł tajnego wykupywania polskiego długu zagranicznego przez państwo, ale za pośrednictwem prywatnych osób i firm, powstał jeszcze w PRL - w grudniu 1985 r. Opierał się na cynicznym wykorzystywaniu reguł rządzących rynkiem kapitałowym. Skoro każdego dolara długu zagranicznego Polski można było kupić od wierzycieli za 70 lub nawet 50 centów, to dlaczego nie wykorzystać takiej okazji? Nie mógł tego zrobić oficjalnie dłużnik, czyli państwo, więc posłużył się..."przykrywką". Do roku 1989 FOZZ podlegał ministrowi finansów i co roku był zobowiązany składać w Sejmie sprawozdanie bilansowe. W roku 1989 znowelizowano ustawę o Funduszu, zdejmując z barków jego władz obowiązek tłumaczenia się przed rządem i Sejmem. Dało to początek niekontrolowanemu obracaniu państwowymi pieniędzmi i okazję do potężnych nadużyć. Sytuacja, w której zaciera się ślady pochodzenia znacznych środków finansowych, zawsze musi stwarzać warunki d oszustw i malwersacji.

Kontrolerzy NIK po latach stwierdzą, że za przygotowanie tych kryminogennych warunków bez wątpienia odpowiadają członkowie Rady Nadzorczej Funduszu, ale swój niechlubny udział w przekręcie mieli też członkowie ówczesnego parlamentu, którzy przyznali FOZZ zbyt duże uprawnienia.

Żaden polityk nigdy za to nie odpowiedział! Na ławie oskarżonych znalazło się zaledwie trzech biznesmenów robiących z Funduszem lewe interesy. A ilu takich biznesmenów było? Dwudziestu czy dwustu? Wpadli tylko trzej, najwidoczniej najmniej biegli w sztuce ukrywania przekrętów... Oskarżani są również prezes i wiceprezes FOZZ, chociaż udowodnienie im win będzie niezwykle trudne. Świadczy o tym aresztowanie prezesa Funduszu Grzegorza Żemka pod zupełnie innym pretekstem i postawienie mu zarzutów w zupełnie innej aferze finansowej.

Przewlekle postępowanie prokuratorskie i sądowe, dezercja (bo trudno inaczej nazwać odejście pani sędzi Barbary Piwnik na fotel ministra finansów) sędziego kierującego procesem oraz wątle i niepełne dane prokuratorskie - wszystko to każe przypuszczać, że afera FOZZ, jak dziesiątki jej podobnych, rozmyje się, zatrze, wyparuje. Okaże się, że maszynką do przetwarzania państwowych pieniędzy w prywatne fortuny kierowały krasnoludki.

10 lat po wybuchu skandalu związanego z FOZZ odezwał się człowiek, który sporo wiedział: Janusz Iwanowski-Pineiro. Publicznie ujawnił to, czego wielu się domyślało, czyli informacje o przekazywaniu pieniędzy z Funduszu partiom politycznym -w tym wypadku Porozumieniu Centrum i jego prominentnym politykom, braciom Jarosławowi i Lechowi Kaczyńskim oraz Adamowi Glapińskiemu.

Wszyscy pamiętamy, co wówczas się stało. Sąd postanowił aresztować Pineira, a kierowana przez Lecha Kaczyńskiego prokuratura przez wiele miesięcy nie chciała nawet przesłuchać aresztanta, by sprawdzić prawdziwość jego zarzutów. Ba, po zmianie władzy też nikt się specjalnie nie kwapi, aby wersję Wenezuelczyka ostatecznie wyjaśnić.

Dziwne, powiecie?

Przestaniecie się dziwić, gdy zdacie sobie sprawę, że w FOZZ maczali palce politycy z wszystkich ugrupowań, z prawa i z lewa, postsolidarność i postkomuna. Łączyło ich jedno: ochota na łatwe publiczne pieniądze. W warunkach raczkującej gospodarki rynkowej takie pieniądze zawsze oznaczają więcej władzy. Co tam budowa społeczeństwa obywatelskiego, co tam zapewnienie Polakom godnych warunków życia! Liczy się szmal!

Z akt śledztwa w sprawie FOZZ wynika na przykład, że pół miliona dolarów trafiło w ręce polskiego lobby w Kongresie amerykańskim - może należałoby wyjaśnić rolę Zbigniewa Brzezińskiego w tej sprawie. Nie dziwi więc, że nie ma w Polsce siły politycznej, której by zależało na rozwikłaniu tej sprawy do końca, bo przecież oznaczałoby to zakwestionowanie autorytetu byłego doradcy ds. bezpieczeństwa prezydenta Stanów Zjednoczonych. Kto jeszcze by..."popłynął" przy okazji? Ilu naszych polityków?

Przykład rozwiązania, a właściwie nierozwiązania afery Funduszu Obsługi Zadłużenia Zagranicznego, utwierdzał winnych w ich bezkarności; utrwalił zły obyczaj wychodzenia obronną ręką z nawet najbardziej podejrzanych przedsięwzięć ludzi, którzy zasłaniali się funkcją państwową. Zamiast więziennej celi spotykały ich awanse i wysoka pozycja..."na zawsze" w establishmencie.

Działalność Funduszu powinna kontrolować Rada Nadzorcza. W jej skład wchodzili: Janusz Sawicki, ówczesny wiceminister finansów; Jan Boniuk; Dariusz Rosati, potem lewicowy minister spraw zagranicznych, dziś członek Rady Polityki Pieniężnej; Zdzisław Sadowski; Jan Wołoszyn; Grzegorz Wójtowicz, wtedy prezes Narodowego Banku Polskiego, dziś członek RPP; Sławomir Mar-czuk oraz Wojciech Misiąg, związany z Unią Demokratyczną wiceminister finansów. W pierwszym podejściu prokuratura przedstawiła Wójtowiczowi i Boniukowi zarzut niedopełnienia obowiązków (dobre i to...), w podejściu drugim z tych zarzutów się wycofano. Postawieni przez państwo na straży publicznego majątku fachowcy dopuścili do straty 350 milionów zł. I co? I nic! Nadal decydują o pieniądzach podatników, biorąc kilkadziesiąt tysięcy na rękę miesięcznie.

Nawet jeśli nie ma wystarczająco mocnych dowodów, aby posłać tych i podobnych im ludzi za kratki, to władze państwowe -ustawodawcze i wykonawcze - powinny mieć na tyle odwagi, żeby odsunąć ich od wpływu na decydowanie o publicznych pieniądzach. Samo tylko podejrzenie o branie udziału w przestępczym procederze powinno skazać ich na polityczną banicję. Gdy Samoobrona tak mówi, reprezentanci pozostałych sił politycznych pukają się w czoło.

A przecież, jeśli ktoś złapie kogoś na złodziejstwie albo nawet podejrzewa go o kradzież, to nic dziwnego nie ma w tym, że chce trzymać się jak najdalej od niego. Dmuchać na zimne. To, co w skali międzyludzkiej jest powszechnie obowiązującą normą, w skali państwa traci znaczenie. Póki zwykłe domaganie się sprawiedliwości przez Samoobronę będzie wzbudzało wesołość i zdziwienie, poty nic się nie zmieni.

Art B

Każdy, kto w miarę uważnie przegląda gazety, stwierdzi, że przekręt finansowy nazywany aferą Art B wywołało tylko Bagsik dwóch ludzi: Bogusław Bagsik i Andrzej Gąsiorowski. Bagsika Gąsiorowski ujęto na lotnisku w Genewie, deportowano do Polski, osadzono w więzieniu, następnie wypuszczono. Gąsiorowski mieszka w Izraelu albo - jak się mówi - na jednej z wysp Oceanu Spokojnego. Nie niepokojony przez nikogo wiedzie dostatni żywot rentiera, od czasu do czasu wchodząc w jakiś biznes.

Czy ktoś słyszał o jakichś politykach stojących za tą aferą? Zaraz podam kilka nazwisk. A czy jakikolwiek polityk związany z Art B został pociągnięty do odpowiedzialności karnej? Niestety, ani ja, ani nikt inny nie wskaże żadnego nazwiska.

Podstawowym zarzutem wobec dwóch..."artystów biznesu" Bagsika i Gąsiorowskiego jest wyłudzenie od polskiego systemu bankowego co najmniej 424 milionów zł. Warszawski sąd orzekł, że byli prezesi spółki przywłaszczyli sobie ledwie czwartą część tej sumy - 120 milionów. Pieniądze te przeznaczyli na zakup akcji izraelskiego przedsiębiorstwa naftowego PA.

A co z resztą? Gdzie wsiąkło ponad 300 milionów zł? Śmiem twierdzić, że ta ogromna suma poszła na łapówki dla polityków oraz honoraria dla zagranicznych i krajowych ekspertów, którzy zostali wynajęci po to, by przedsięwzięciu pod nazwą Art B dorobić legendę młodej, prężnej i dającej dużą nadzieję na sukces spółce.

Bagsik i Gąsiorowski oficjalnie zeznali, że prawie 6 milionów przekazali spółce Telegraf, związanej z Porozumieniem Centrum braci Kaczyńskich. Mówili też o skierowaniu znacznych sum na prezydencką kampanię wyborczą Lecha Wałęsy, o co prosił ich Jarosław Kaczyński, obecnie jeden ze sprawiedliwych z Prawa i Sprawiedliwości. Pieniądze popłynęły również na kampanię konkurenta Wałęsy - Tadeusza Mazowieckiego. Tym razem pośrednikiem był Jacek Ambroziak - ówczesny szef Urzędu Rady Ministrów. Współpracownik, a potem wspólnik Art B, obywatel Izraela Meir Bahr informował prokuraturę o łapówce wręczonej ówczesnemu wiceministrowi finansów Stefanowi Kawalcowi.

Znów się jednak okazało, że prokuratura nie paliła się do zbadania wątków politycznych. Słowo polityków znaczyło więcej niż słowo biznesmenów. Efekt - z końcowych ustaleń prokuratorskich wykasowano wszystkie ślady udziału polityków w aferze.

Zastanawia mnie, dlaczego żadnego z władców ówczesnej Polski nie zainteresowało, skąd dwóch młodych, niespecjalnie przygotowanych do robienia biznesu, ludzi z Południa kraju wzięło tak ogromne pieniądze. Ani premier Jan Krzysztof Bielecki, ani minister z kancelarii prezydenta Wałęsy Maciej Zalewski, ani minister budownictwa Adam Glapiński (wszyscy oni utrzymywali dość zażyłe kontakty z prezesami spółki) nie zapytali nigdy o źródła majątku Art B. Podobnie niezainteresowani byli generałowie polskiej armii Ryszard Wieczorek i Edwin Rozłubirski, którzy dla Art B negocjowali kontrakty handlu bronią. Najbardziej strategiczne zamówienia państwowe oddano w ręce dwóch młokosów - nie ma takiej możliwości, żeby odbywało się to bez wiedzy służb specjalnych i najwyższych czynników w państwie. Prezesów Art B podejrzewano o związki z KGB i wywiadem izraelskim.

Przy okazji tej afery potwierdziła się prawidłowość: wielkie pieniądze przyciągają polityków każdej maści. W Art B pracował Marek Siwieć, dzisiejszy minister w kancelarii Prezydenta Kwaśniewskiego i szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego. Pieniądze w spółce zarabiał również Jerzy Dziewulski, obecny poseł SŁD, a wtedy szef komandosów w porcie lotniczym na Okęciu. Andrzej Zawiślak - minister przemysłu, który obu prezesów zachęcał do przejęcia fabryki traktorów w Ursusie -był częstym gościem w Izraelu, kiedy już zamieszkali tam z zamiarem osiedlenia się na stałe Bagsik z Gąsiorowskim. Wreszcie premier Kielecki, czerpiący wiedzę o spółce od Ryszarda Janiszewskiego - przewodniczącego Rady Banku Handlowo-Kredytowego w Katowicach. W tym właśnie banku Art B miała rachunek, na którym powstał gigantyczny debet. Bielecki - wedle słów Bagsika, Gąsiorowskiego i Janiszewskiego - miał być nawet cichym wspólnikiem banku.

Gdy wybuchła afera, a obaj prezesi w popłochu uciekli z Polski najpierw do Niemiec (szczęśliwym trafem udało im się jednak wywieźć kilka milionów dolarów w gotówce); Janiszewski spotkał się z nimi w Hanowerze, gdzie doszło do podpisania umowy przekazania Art B w zarząd BHK w Katowicach - jako wyrównanie debetu. Mówiono wówczas, że pozostawiony w Polsce majątek spółki przekracza jej zobowiązania, ale szybko miało się okazać, że albo to kłamstwo, albo komuś udało się po cichu majątek ten przejąć.

Oto dwóch cwaniaków oszukało prywatny bank na gigantyczne pieniądze - afera czysto kryminalna, nieprawdaż? Nie, ponieważ popełnienie oszustwa było możliwe dzięki dziurawym przepisom wprowadzonym i kontrolowanym m.in. przez Leszka Balcerowicza, wicepremiera i ministra finansów. Nie, ponieważ straty katowickiego BHK zgodnie z ówczesnymi przepisami musiały być pokryte z NBP, czyli z budżetu państwa. Kto za to odpowiadał przed sądem? Nikt.

Gdyby prezesi Art B uciekli z Polski trzy tygodnie później, pewnie udałoby się im wypłacić złożony w PKO BP depozyt - 65 milionów zł, co mogło spowodować bankructwo państwowego banku, PKO BP dysponował bowiem wówczas zaledwie 25 milionami wolnych środków. Doszłoby do jeszcze większej katastrofy, gdyby Bagsik i Gąsiorowski zrealizowali wystawione przez ten sam bank gwarancje na - uwaga - 280 milionów zł, czyli 2,8 biliona starych złotych. Kapitał założycielski banku wynosił wtedy nie więcej niż 2 miliony zł, a depozyty posiadało w nim ponad 15 milionów Polaków. Kto szefom PKO BP dał prawo do narażania oszczędności klientów? Czy władze banku kiedykolwiek za to odpowiedziały? Nikomu nie spadł nawet włos z głowy. Doszło wprawdzie do procesu kilku mało ważnych bankowców zamieszanych w aferę Art B, ale zarzucono im jedynie niedopełnienie procedur bankowych, przekroczenie uprawnień, poświadczenie nieprawdy i łapówkarstwo na nie wielką skale. Na liście oskarżeń próżno szukać skonstruowania wadliwych przepisów umożliwiających przekręt, przymykanie oczu na ewidentne wyłudzenie, hipokryzję i zacieranie śladów. Nie ustalono - właśnie przez brak dokumentów, które zniszczono - kto na aferze najbardziej zyskał. Nie wyjaśniono roli, jaką odegrały w tej sprawie służby specjalne. Nie odpowiedziano na pytanie, w jakim celu generał Gromosław Czempiński, były szef Urzędu Ochrony Państwa, odwiedzał prezesów Art B w Izraelu. Nigdy nie wyszedł na jaw udział polskich służb specjalnych w próbie przejęcia akcji PA - izraelskiego przedsiębiorstwa naftowego.

Jedną z najbardziej zagadkowych kwestii w aferze jest ucieczka Bagsika i Gąsiorowskiego z Polski. Zwiali oni w popłochu na kilka godzin przed wejściem do ich domów i siedziby firmy brygady antyterrorystycznej. Bez przeszkód wyciągnęli pieniądze i z paru milionami dolarów w bagażnikach samochodów przekroczyli granicę polsko-niemiecką. Badający te okoliczności warszawski sąd nie znalazł dowodów na to, że przed planowanym zatrzymaniem obu prezesów ostrzegł Maciej Zalewski - wówczas minister w kancelarii prezydenta Wałęsy. Nigdy nie dowiedziono, by o zaplanowanych zmianach w przepisach bankowych (zmianach umożliwiających pomnożenie fortuny) uprzedzał ich Ireneusz Sekuła, prominentny polityk lewicy. Nie wyliczono, jaką część z ponad 420 milionów zł zagarniętych przez Art B zabrał Aleksander Gawronik. W postępowaniu w sprawie Gawronika, późniejszego senatora RP, sąd nie dopatrzył się przestępstwa, choć wielu świadków potwierdziło, że zagrabił on m.in. dzieła sztuki, komputery i samochody należące do firmy Bagsika i Gąsiorowskiego oraz do nich jako osób prywatnych.

Po ekstradycji Bagsik zmienił swoje dawne zeznania obciążające Zalewskiego i Gawronika. Dlaczego? Być może ceną miał być wyrok - zaledwie 9 lat pozbawienia wolności. Biorąc pod uwagę czas, który Bagsik spędził w więzieniu przed ogłoszeniem wyroku, mógł się starać o przedterminowe zwolnienie za dobre sprawowanie. Obecnie, jeśli prezes Art B w ogóle jeszcze wróci za kratki, to nie na dłużej niż kilkadziesiąt dni.

Oprócz prominentnych przedstawicieli rządu, wojska i policji politycznej w aferę zamieszani byli też równie prominentni przedstawiciele podziemia kryminalnego: Andrzej Kolikowski, pseudonim Pershing, uchodzący za bossa gangu pruszkowskiego, czy Wiesław Peciak, oficjalnie przedsiębiorca budowlany. Ostatnie ustalenia policji wskazują na to, że w domu Peciaka znaleziono pokwitowanie pożyczki miliona dolarów, której Art B udzieliła Ireneuszowi Sekule. W sejfie znajdowała się także niejawna dokumentacja firmy Sekuły - Polnippon.

Sejm długo nie zgadzał się na uchylenie immunitetu posłowi Sekule. Parlamentarny klub SLD traktował to jako zamach polityczny na lewicę. Już wkrótce miało się jednak okazać, że Sekuła -jako prezes Głównego Urzędu Celnego - dopuścił się kolejnego przekrętu. Polecił kupić za ogromne państwowe pieniądze pomieszczenia dawnej fabryki im. Róży Luksemburg w Warszawie. Ktoś zarobił na tej niekorzystnej dla GUC transakcji kilka ładnych milionów. Ile z nich wpadło do kieszeni Sekuły? A może również do kieszeni tych, którzy przez łata zapewniali mu bezkarność?

Afera alkoholowa.

Wspomnienie o niej ginie w pomroce dziejów III Rzeczpospolitej. Kto dziś pamięta, że wiele karier dzisiejszych milionerów zaczęło się od prywatnego importu spirytusu...quot;Royal" w cysternach lub butelkach, mieszaniu go z wodą i sprzedawaniu pod postacią wódki w oficjalnym i nieoficjalnym obrocie.

Interes na alkoholu to były tzw. szybkie pieniądze. Kredyt, zakupy w którejś z francuskich, holenderskich czy belgijskich gorzelni, transport, przekroczenie granicy, sprzedaż w Polsce w hurcie lub detalu, przebitka od 3 do 10 razy. I jeszcze raz to samo, tylko już bez kredytu. W ten sposób zainwestowane 100 tysięcy dolarów przynosiło milion dolarów zysku w dwa, trzy miesiące. A przepisy sprzyjające prywatnym importerom alkoholu obowiązywały w Polsce przez co najmniej półtora roku! Żaden państwowy urząd nigdy nie oszacował strat budżetu wynikających z niepłacenia ceł i podatków za alkohol na początku polskiej transformacji. Nikt tym bardziej nie potrafi wyliczyć strat pośrednich -ponoszonych przez producentów zboża i ziemniaków, krajowe zakłady spirytusowe, papiernie, huty szkła itp.

Ostrożne szacunki Głównego Urzędu Celnego każą przypuszczać, że sprowadzono do Polski bez cła i podatku, często na podstawie niepełnych lub wręcz sfałszowanych faktur, grubo ponad 30 milionów litrów czystego spirytusu. Według mocno zaniżonej oceny NIK, Skarb Państwa stracił na tym nie mniej niż 200 milionów zł. Podczas gdy policja ścigała drobnych przemytników alkoholu, przez granice przejeżdżały codziennie dziesiątki cystern należących do zorganizowanych gangów, za którymi często kryli się tzw. poważni biznesmeni i politycy. Ale nie tylko oni powinni ponieść karę za gigantyczne straty budżetu. Bardziej winni byli bowiem ci, którzy w imieniu państwa pozwolili na skorzystanie z dogodnej okazji.

W roku 1989 zniesiono obowiązek posiadania koncesji na import alkoholu. Odbyło się to pod hasłem liberalizacji handlu, ale nikt przy zdrowych zmysłach nie wierzył, że Polska zrobiła się aż tak liberalna. We wszystkich normalnych krajach - także w tzw. dojrzałych demokracjach - wewnętrzny i zagraniczny handel alkoholem regulowany jest surowymi przepisami i obłożony wysokimi podatkami. Rezygnując z koncesji na import alkoholu, politycy odpowiedzialni za to doskonale musieli zdawać sobie sprawę z tego, że spowoduje to wielkie nadużycia. Najwidoczniej więc nie zależało im na uszczerbku, jaki poniesie Skarb Państwa. Albo zależało na tym, żeby wtajemniczeni zarobili krocie. Nie trzeba być Einsteinem, żeby domyślić się, iż nie robili tego za darmo.

Do takich wniosków doszła najwidoczniej także specjalna komisja sejmowa, która po zbadaniu okoliczności afery alkoholowej wysunęła wniosek postawienia przed Trybunałem Stanu osób odpowiedzialnych za luki w prawie: ministra finansów Leszka Balcerowicza, prezesa GUC Janusza Ćwieka oraz dwóch kolejnych ministrów spraw wewnętrznych: Czesława Kiszczaka i Krzysztofa Kozłowskiego. Posłowie z komisji zarzucali im tylko to, co można było udowodnić, czyli niedopełnienie obowiązków i brak nadzoru. Mimo to Sejm odrzucił wniosek komisji

W ten oto sposób utrwalił się mechanizm sprzyjający innym nadużyciom. Skoro w ewidentnej aferze alkoholowej winnym politykom nie spadł włos z głowy, to znaczy, że oni i ich następcy pozostają pod ochroną i wolno im uchwalać inne korupcjogenne przepisy. Nic dziwnego, że wkrótce wybuchały kolejne afery, np. paliwowa i walutowa. Straty budżetu wyliczono na - w zależności od szacunków - od 800 do 1100 milionów zł. Podobną, jeśli nie większą kwotę państwo straciło na fatalnych przepisach wykonawczych do ustawy o podatku VAT. Powstało kilkaset firm wyspecjalizowanych w wyłudzaniu tego podatku, tysiące innych firm traktowało to jako dodatkowe źródło zysków.

W tym samym czasie, w którym urzędnicy państwowi umożliwiali gangsterom uzyskiwanie kolosalnych zysków, rolnicy grzebali fortuny z tytułu lawinowo rosnącego oprocentowania kredytów, robotnicy tracili pracę, a ubodzy, którym brakowało na zapłacenie czynszu, byli wyrzucani na bruk. Politycy - osobiście zainteresowani w tworzeniu klasy średniej - klasami niższymi nie zaprzątali sobie głowy. Wszystko w zgodzie z niemal religijnym zaklęciem o przedsiębiorczości, niewidzialnej ręce rynku itp.

Zatopienie Stoczni Gdańskiej

Podczas wizyty prezydenta Wladimira Putina Aleksander Kwaśniewski mówił, że Polska znana była w Rosji przede wszystkim z wódki, wędlin i kosmetyków. Nie zająknął się nawet, że znakomita część statków, kiedyś radzieckiej, a potem rosyjskiej floty, wybudowana była rękoma polskich stoczniowców ze Stoczni Gdańskiej. Polski Prezydent jedyne, co pamiętał ze swojego kraju, to wódka i kiełbasa. Zapomniał o ludzkim trudzie trzech pokoleń stoczniowców gdańskich, dzięki którym mógł zostać tym, kim jest. I dzisiaj ani Prezydenta Kwaśniewskiego, ani kolejnych premierów, ani nawet Prezydenta Wałęsy nie interesuje, że to miejsce, od którego zaczęły się polskie przemiany, zostało nie tyle sprzedane za bezcen, ile po prostu rozkradzione. W biały dzień, za wiedzą, przyzwoleniem, a niekiedy nawet z poparciem polskich elit politycznych.

Pamiętamy wszyscy, jak premier Rakowski w 1988 roku ogłosił Rakowski decyzję o likwidacji Stoczni Gdańskiej. Jaki wtedy podniósł się krzyk w obronie stoczni, jak gwałtownie zareagowała cała ówczesna podziemna opozycja. Dziś ci sami opozycjoniści nie protestują, gdy tysiące stoczniowców są na bruku, a garstka cwaniaków zrobiła na symbolu Solidarności interes życia.

17 grudnia 1990 roku rząd premiera Mazowieckiego podjął uchwalę, że jako zadośćuczynienie za niezgodne z prawem ogłoszenie likwidacji stoczni w 1988 roku, 13 procent akcji prywatyzowanego przedsiębiorstwa zostanie oddane w ręce załogi. Sprawiedliwe to i słuszne. Praktyka pokazała, że było to tylko mydlenie oczu ludziom, którzy wtedy jeszcze wierzyli, że Solidarność powstała i rządzić będzie po to, żeby nie było więcej kłamstwa i korupcji w rządzie.

Z przemówienia w Sejmie 25 stycznia 2002 r.:

Sprawa bardzo głośna, sprawa symbolu Solidarności, sprawa Stoczni Gdańskiej.

Rano, kiedy zabierałem głos, tu z trybuny sejmowej, kiedy wczoraj powiedziałem o tym, że tu siedzą ludzie winni, żachnął się, obraził się jaśnie były marszałek Płażyński. Stał na baczność, nie wiem, czy przede mną - to dziękuję, panie marszałku, jeżeli przede mną. Ale stanął na baczność, nie wiedział, co ma zrobić. A akt oskarżenia, drodzy państwo, jest w prokuraturze. Ta prokuratura siedzi cicho oczywiście. Po co? Stocznia? Przecież Lepperem trzeba się zająć, po co stocznią, jej i tak już nie ma, a Lepper jeszcze bruździ. Lepperem się zająć!

Oskarżeni: Lewandowski Janusz, poseł na Sejm, Maciej Płażyński, poseł na Sejm i Dariusz Kardaś, sędzia Sądu Rejonowego w Gdańsku, oskarżeni w tej sprawie. I co prokuratura robi? Nic nie robi.

Po co ma coś robić? I tak stoczni już nie ma, i kolebki swojej nie ma ten środek - bo ci też wywodzą się z tego ruchu, większość z nich, i większość Samoobrony też z tego ruchu. Ci ludzie uczciwie uwierzyli w Solidarność, nie tylko w hasła, uwierzyli, że komunizm trzeba obalić, że trzeba wprowadzić nowy ustrój. I co? Szubrawcy szydzą sobie z ludzi. Oni uratowali... Kolebki nie potrafili uratować, a chcą kraj ratować? Jakie są straty, państwo wszyscy wiecie.

Juz w 1991 roku Janusz Lewandowski, minister przekształceń własnościowych, wydał rozporządzenie 3/91, do którego załącznik stanowił...quot;Regulamin Nieodpłatnego Zbycia Części Akcji", precyzujący podział akcji dla załogi. W rozporządzeniu tym minister Lewandowski zarządził, że akcje należą się stoczniowcom polskim, ale muszą oni poczekać do 1994 roku. Czyli jeden obiecał w świetle jupiterów, że oto nowy rząd naprawi krzywdy wyrządzone pracownikom stoczni, a drugi, już po cichu, odwlókł naprawę krzywd o kolejne cztery lata, wiedząc, że sytuacja stoczni jest zła. Pracownicy stoczni czekali na realizację kolejnych obietnic wierząc, że ekonomiczna sytuacja ich przedsiębiorstwa poprawi się. Nic takiego nie następowało. Był to wynik umyślnego działania kolejnych zarządców stoczni, których celem było doprowadzenie zakładu do ruiny, żeby można było użyć argumentu, że nic z nim nie można zrobić, tylko sprzedać po kawałku. A ludzie? A ludzie znajdą sobie inną robotę. Albo nie znajdą. W końcu co biznesmenów obchodzi, co się stanie z ludźmi.

A była szansa powstrzymania upadku Stoczni Gdańskiej. W 1992 roku Fundacja Naukowo-Techniczna przedstawiła plan ratowania stoczni i wyciągnięcia jej z kryzysu. To był kompleksowy plan obejmujący nie tylko projekt finansowania budowy statków, ale też szkolenie oraz trening kadry kierowniczej i marketing. Nikt z zarządu nie przejął się tym dokumentem, a już na pewno nie brał go pod uwagę minister Lewandowski. Miał wtedy inne zajęcia. Ale nie zapomniał o stoczni. Dalej realizował długofalowy plan rozłożenia tego przedsiębiorstwa na łopatki.

3 września 1993 roku Lewandowski podpisuje umowę z Maciejem Płażyńskim, wtedy wojewodą gdańskim. W dokumencie tym przekazuje swoje wszystkie pełnomocnictwa na jego ręce. Poza zwykłymi ustaleniami o przekazaniu pełnomocnictw, zwraca uwagę paragraf 3 umowy, w którym napisano, że Płażyński ma obowiązek składania co kwartał sprawozdań o podejmowanych czynnościach wobec stoczni. Wojewoda nie uczynił tego ani razu! Świadczy to nie tylko o tym, że od początku Ptażyński całkowicie lekceważył prawo nałożone przez ministra, ale również o tym, iż z kolei ministra nie interesowało to, co się dzieje z tak ogromnym zakładem pracy na Wybrzeżu. I nie może Płażyński się usprawiedliwiać, że nic o tym nie wiedział, że zapomniał albo że miał inne sprawy na głowie. Bo jakie inne ważniejsze sprawy mogły zaprzątać reprezentanta rządu w Gdańsku, jeżeli nie możliwość pracy i zarabiania pieniędzy przez 20 tysięcy łudzi, bo tylu właśnie osobom dawała pracę Stocznia Gdańska? O umyślnie szkodliwym działaniu Macieja Płażyńskiego niech świadczy dokument z 3 listopada 1993 roku - stanowisko Rady Nadzorczej Stoczni Gdańskiej skierowane do wojewody. Podpisany pod dokumentem profesor Jerzy Doerffer, przewodniczący Rady Nadzorczej, nie zostawia suchej nitki na zarządzie Stoczni Gdańskiej.

Mimo opracowania i określenia zadań 1993 roku (...) Zarząd Stoczni nie podjął skutecznych kroków umożliwiających realizację tych planów (...) Świadczy to albo o bardzo niskim poziomie planowania albo też o braku dyscypliny w Stoczni. (...) Uwag Rady Nadzorczej o narastającym zagrożeniu wykonania planu roku 1993 Zarząd nie przyjmował do wiadomości. (...) Zdaniem Rady, Zarząd systematycznie traci zdolność operatywnego kierowania stocznią w celu wyjścia z narastającego kryzysu. Strata brutto po trzech kwartałach wyniosła 174 miliardy złotych".
Taki dokument musiał wylądować na biurku Płażyńskiego i musiał on wiedzieć, że sytuacja w stoczni jest kryzysowa. Nic nie zrobił. To dokument dużej wagi, podpisany nie przez pierwszego lepszego urzędnika, lecz przez człowieka z naukowym tytułem, wybitnego uczonego o światowej renomie, piszącego w imieniu rady nadzorczej. Nieuwzględnienie tego ostrzeżenia to nie zaniedbanie czy niewłaściwa ocena sytuacji. Trzeba to nazwać po imieniu - to po prostu przestępstwo, za które Płażyński, dziś wybitny działacz Platformy Obywatelskiej, nigdy nie odpowiedział.

W 1994 roku zrealizowano wreszcie obietnice solidarnościowych rządów sprzed 5 lat i dano pracownikom stoczni akcje ich przedsiębiorstwa. Ale nie dostali oni akcji, tylko świadectwa udziałowe; na jedno świadectwo przypadało od 1000 do 5000 akcji po średniej cenie 10 zł za akcje

Było już oczywiście za późno na wszystko. Można byłoby myśleć o ratowaniu Stoczni i tysięcy miejsc pracy, gdyby wszyscy -pracownicy, administracja, wojewoda gdański, ministrowie rządu RP i władze Stoczni Gdańskiej - naprawdę pragnęli ratowania zakładu. Ale na tym zależało jedynie pracownikom, ludziom pracy najemnej. W gabinetach panowie wiedzieli już od dawna, że chodzi tylko i wyłącznie o to, żeby zarobić na sprzedaży stoczni jak najwięcej.

20 czerwca 1996 roku Zarząd Stoczni Gdańskiej wniósł o ogłoszenie upadłości zakładu. Powoływał się w swoim wniosku na uchwałę Walnego Zgromadzenia Akcjonariuszy nr 6/96. Trzyosobowy Zarząd skłamał. Dziesięciokrotnie zaniżył wielkość majątku trwałego. To zbrodnicze kłamstwo, potem posłużyło do wykupienia stoczni za śmieszne pieniądze. Sąd Rejestrowy w Gdańsku ogłosił upadłość stoczni 8 sierpnia 1996 roku.

Od tego czasu zaczęło się jawne i niczym nieskrępowane bezprawie. Zarówno wniosek Zarządu o upadłość, jak i decyzję o ogłoszeniu upadłości, sędzia komisarz Dariusz Kardaś przetrzymywał w tajemnicy przed opinią publiczną do 1998 roku. Teraz już wiadomo dlaczego - bo decyzja sądu o upadłości stoczni była bezprawna! Sędzia Kardaś wiedział, że postanowienie o upadłości zawiera błędy prawne, które je dyskwalifikują. Ale nie o błędy formalne tu chodzi. Idzie o to, że wtedy, gdy sąd podał wniosek o upadłość, w Sądzie Gospodarczym w Gdańsku rozpatrywany był pozew pracowników-akcjonariuszy o unieważnienie uchwały nr 6 Walnego Zgromadzenia. Tej samej, na podstawie której Zarząd zgłosił wniosek o upadłość. Nie jest możliwe, żeby Sąd Rejestrowy w Gdańsku, ogłaszający upadłość stoczni, nie wiedział, że rozpatrywany jest wniosek akcjonariuszy o unieważnienie aktu prawnego, na podstawie którego ogłoszona będzie upadłość takiego ogromnego zakładu pracy. A mimo to upadłość uchwalono.

Sędzia Kardaś nie tylko zataił decyzje prawne. Ustanowił również Radę Wierzycieli Stoczni Gdańskiej bez uwzględnienia w Radzie przedstawiciela Funduszu Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych. Nawet nie zawiadomił Urzędu Pracy o zamiarze powołania takiej Rady. Sędziemu Kardasiowi musiało bardzo zależeć, żeby nikt z Urzędu Pracy nie reprezentował interesów pracowników.

23 lutego 1998 roku Wojewódzki Sąd Gospodarczy w Gdańsku unieważnia Uchwałę Walnego Zgromadzenia Wspólników nr 6, która decydowała o upadłości. I nic się nie dzieje. Żaden sędzia nie zechciał przywrócić stanu sprzed niesprawiedliwych wyroków, żaden sędzia nie zrobił nic, by ratować stocznię, żaden sędzia nie miał na tyle poczucia sprawiedliwości, żeby naprawić krzywdy wyrządzone stoczniowcom.Przeciwnie, dalej brnięto w błędy i oczywiste kłamstwa prawne. Wyznaczony przez sąd syndyk Michał Lachert złożył na jego miejsce powołano nowego syndyka, który nie ma umocowania prawnego, a w dokumentach prawnych w dalszym ciągu powołuje się na nazwisko Lacherta, co czyni nieważnymi wszelkie akty prawne.

Może mi ktoś zarzucić, że odwołuję się do argumentów uczuciowych, żeby wzbudzić emocje ludzi. Jeżeli więc ktoś ma wątpliwości, to proszę: oto słowa z uzasadnienia wyroku Sądu Wojewódzkiego w Gdańsku o unieważnieniu uchwały nr 6...."Z zapisów aktu notarialnego też nie wynika, aby władze spółki w jakikolwiek sposób były przygotowane do działania spółki w zakresie działania spółki w upadłości. Takie postępowanie świadczy o pozbawieniu akcjonariuszy miejsc pracy i majątku, jakim były akcje. Należy podkreślić, że Skarb Państwa posiadający większościowy pakiet akcji nie był zainteresowany należytym i właściwym rozwojem stoczni, nie reagował na sygnały, że jest źle od co najmniej 1993 roku, że może nastąpić utrata majątku. Podjęcie uchwały nr 6 było odbiciem tolerowania bezradności i bezczynności, gdy rzeczywiście zagrożony był byt spółki. (...) zaskarżona uchwała nr 6 została podjęta z naruszeniem dobrych obyczajów kupieckich - godzi w interesy spółki, krzywdząc przy tym akcjonariuszy. Bierność i bezwład władz spółki to postępowanie nieetyczne".

Bardzo łaskawy i oszczędny w słowach jest sąd w Gdańsku....quot;Postępowanie nieetyczne" - tak określa przestępcze zaniechanie przez władze jakichkolwiek sposobów ratowania miejsc pracy i majątku stoczni. Takimi eleganckimi zwrotami kwituje fakt bezprawnego pozbawienia tysięcy ludzi pracy, kłamstwa i traktowanie

Prawa jak spluwaczki. Nazywajmy rzeczy po imieniu.

To nie koniec przekretu.

Walka o stocznię trwała bez przerwy. Z jednej strony zdesperowani ludzie, którzy walczyli nie o bogactwa, a jedynie o miejsca pracy i o to, by mogli godnie żyć z pracy własnych rąk, a z drugiej grupa pazernych, chciwych i gotowych na wszystko kombinatorów zdecydowanych zamienić stocznię na czek.

W 1996 roku powstaje Stowarzyszenie Solidarni ze Stocznią Gdańską, rok później Społeczny Komitet Ratowania Stoczni i Przemysłu Okrętowego. Opracowany jest plan ratowania zakładu. Grupa banków nazywana G-12 oferuje 640 milionów zł dogodnie oprocentowanych kredytów, opracowany jest cały plan finansowania pracy, dający jej szansę przetrwania i rozwoju. W tej sprawie 28 lipca 1998 roku złożono u sędziego Kardasia list intencyjny. W dokumencie tym informowano o planach ratowania stoczni, planach mających szansę powodzenia. Sędzia Kardaś ogłuchł. Nie zareagował. Nie zrobił nic. Dlaczego? Dlatego, że celem jego działania było nie ratowanie stoczni, ale przygotowanie jej do sprzedaży. Co ciekawe, plan ratowania stoczni poparł syndyk Michał Lachert, i musiał odejść.

Wszystko robiono, byle tylko jak najszybciej sprzedać zakład. Ostatecznie stocznię sprzedano ją 3 grudnia 1998 roku. Nabywcą była Trójmiejska Korporacja Stoczniowa. To bardzo dziwny twór. 95 procent udziałów ma w nim Stocznia Gdynia, 4 procent Evit Progres, spółka developerska, czyli zajmująca się budownictwem, a l procent - Janusz Banach. Korporacja przestaje istnieć 3 grudnia 1998, a 2 grudnia powstaje w Radomiu spółka Synergia 99 o kapitale założycielskim 4 tysiące zł.
Stocznia Gdańska zostaje kupiona przez Stocznię Gdynia S.A., w której udziały mają panowie Szlanta, Kierkowski i Buczkowski. Są oni we władzach spółki Stoczniowy Fundusz Inwestycyjny S.A. Tereny Stoczni Gdańskiej Stocznia Gdynia przekazuje spółce..."Synergia" 99. To jawna kpina! Nieznana spółka z niewielkiego miasta dostaje we władanie tereny warte miliony dolarów.

Nawet ten, co ma gębę pełną frazesów o prawach robotników, co stoi na czele największego związku zawodowego Solidarność, czyli Marian Krzaklewski, też cynicznie zlekceważył krzyk rozpaczy ludzi, którzy niczego innego nie chcieli jak tylko pracy i chleba. Mam w ręku dokument, w którym zwracają się do niego przewodniczący Solidarności Stoczni Gdańskiej i przewodniczący Społecznego Komitetu Ratowania Stoczni Gdańskiej, prosząc o dotrzymanie danej przez Krzaklewskiego obietnicy o powołaniu zespołu mającego opracować dla premiera Buźka propozycję powstrzymania procesu sprzedaży stoczni. Krzaklewski nie zareagował. Związkowiec!

4 stycznia 2001 roku minister skarbu Aldona Kamela-Sowińska podpisuje zgodę na nabycie akcji spółki Synergia 99 przez dwie amerykańskie firmy. Oto jak się dokonuje z mocy prawa wyprzedaży majątku narodowego w obce ręce. Trzech cwaniaków: Szlanta, Kierkowski i Buczkowski biorą jak swoje tereny stoczni.

W czasie, gdy trwała agonia zakładu, państwo polskie zapłaciło około 70 milionów dolarów za statki zbudowane w stoczniach zagranicznych. Te 70 milionów dolarów dałoby Stoczni Gdańskiej możliwość oderwania się od dna. Nikt z polityków nie kiwnął nawet palcem. Na bruk poszło ponad 7 tysięcy osób.

Trzeba wreszcie otwarcie powiedzieć ludziom, bo oni mają prawo wiedzieć, kto ponosi odpowiedzialność za to, że dzisiaj, po 12 latach wolnej Polski, nie mają pracy w stoczni, nie mogą utrzymać swoich rodzin i zostali sprowadzeni do roli niepotrzebnego balastu.

Najwyższa Izba Kontroli jasno stwierdziła, że odpowiedzialność za pierwsze decyzje o likwidacji stoczni gdańskiej w 1988 roku ponoszą komunistyczni dygnitarze. A za niedoprowadzenie do prywatyzacji, tolerowanie zaniechania przez Zarząd Spółki działań efektywnościowych i restrukturyzacyjnych, w tym niewykorzystanie opracowań i ekspertyz dotyczących stoczni, wykonanych przez firmy doradcze, opłacane przez Międzynarodowy Fundusz Walutowy, odpowiada Janusz Lewandowski. Dzisiaj poseł PlatFormy Obywatelskiej, który ma czelność pouczać innych z trybuny sejmowej, jakie to wyrzeczenia musi ponieść społeczeństwo, żeby w kraju było lepiej. Ten, który ludzi doprowadził do upodlenia i skrajnej nędzy, teraz zadowolony z siebie sprzedaje recepty wierząc, że nikt w Gdańsku nie zapamięta jego przestępczych działań przeciwko kolebce Solidarności.

Za zaniechanie nadzoru właścicielskiego i brak zainteresowania sprawami spółki oraz spóźnione działania w celu znalezienia strategicznego inwestora odpowiada Wiesław Kaczmarek. Arogancki i butny człowiek, mający za gorszych tych, którzy nie zgadzają się z jego zdaniem.

Był czas, gdy stocznia była symbolem upadku komunizmu, zwiastunem, niepodległości i godności kraju. Tam był początek wolnego kraju, nowych nadziei i godności ludzi pracy. Ta stocznia wylansowała i zapoczątkowała wielkie kariery polityczne Wałęsy, Mazowieckiego, Geremka, Kuronia, umocniła wiarę w Michnika.

Dzisiaj Stocznia jest w agonii. Już nawet nie słychać krzyku rozpaczy tysięcy ludzi bez pracy i godności. Tak naprawdę słyszą ten krzyk tylko ci, którzy chcą i umieją słuchać najbiedniejszych. A ci, którzy na plecach stoczniowców wjechali na salony władzy i wiedzie się im dobrze, żyje dostatnio, są głusi na ten krzyk. Dramat przeżywa tylko załoga przedsiębiorstwa, dzisiaj zdziesiątkowana, okaleczona przez kłamliwych i niegodziwych przywódców Solidarności.

Z początkiem lat 90. majątek Stoczni szacowano na 500 milionów dolarów. W wolnej Polsce sprzedano ją za grosze, oddano w łapy trzech cwaniaków z Gdyni,

Polska powinna się wstydzić. Do stoczniowców strzelano, bito ich, upokarzano przez długie lata totalitarnego systemu. Bezskutecznie. Dziś udało się rozstrzelać ich ekonomicznie tym wszystkim politykom, którzy odwróceni są do stoczni plecami.

Przekręt w Fabryce Samochodów Małolitrażowych.
Krok po kroku, systematycznie i z żelazną determinacją, Polska i Polacy są okradani przez swoje elity polityczne. Nikt z tych, którzy niegdyś nawet dość ofiarnie walczyli o wolność, dziś nie zająknął się na temat tego, że ich kraj jest rozdrapywany przez bezwzględnych zagranicznych biznesmenów i cynicznych Polaków, mocą swojej władzy decydujących o losie polskiego społeczeństwa.Pisałem, jak zniszczono Stocznię Gdańską.

Pisałem o tym z bólem i wściekłością, bo zniszczono nie tylko miejsce pracy tysięcy ludzi i ich rodzin, ale zniszczono symbol wolnej Polski. Chcę teraz opowiedzieć, jak kilku ludzi ciągiem przestępczych działań pozbawiło polskiego podatnika niewyobrażalnych sum pieniędzy. Sprawcy tych przestępczych czynów dzisiaj z sejmowej trybuny mają czelność pouczać innych o moralności, powadze urzędu, zarzucać innym kłamstwa. Trzeba naprawdę nie mieć sumienia, żeby myśleć, że ludzie w Polsce nie będą im pamiętali działalności na rzecz obcego kapitału i wyprzedaży Polski. Celem działań tej przestępczej grupy stała się Fabryka Samochodów Małolitrażowych w Bielsku-Białej.

Z przemówienia w Sejmie 25 stycznia 2002 r.:
Następna sprawa - Fabryka Samochodów Małolitrażowych FSM Bielsko-Biała. I Olechowski - ten obrażony, nie wiadomo, z jakiego powodu pani minister Piwnik występuje w jego obronie. Prokurator broni go. Fabrykę sprzedano za grosze. Z budżetu dopłacono do tego 5,4 miliona zt. Zobowiązania, gwarancje data Rada Ministrów. I co? Podpisano wtedy, jest to przestępstwo, jest to niedopuszczalne, umowę sporządzono w języku angielskim. Mało który z ministrów wtedy znał język angielski, ale ówczesny minister finansów, właśnie nie kto inny, tylko Olechowski podpisał tę umowę. Podpisał i nic - odpowiedzialności żadnej.

Jak wiadomo, Fiata sprowadziła do Polski ekipa Władysława Gomułki w 1968 roku. I wtedy pewnie były jakieś nadużycia i korupcja. Ale tak naprawdę, Włosi zrobili złoty interes dopiero teraz - w III Rzeczpospolitej, gdzie udało im się trafić na ludzi nie tylko chciwych, ale i całkowicie pozbawionych zasad.
W 1990 roku rząd Tadeusza Mazowieckiego zamienia FSM na spółkę Skarbu Państwa, a we wrześniu 1991 roku Rada Ministrów wyraża zgodę na zbycie akcji Włochom w szczególnym trybie, czyli bez oglądania się na ustawę o prywatyzacji. Miesiąc po tym Janusz Lewandowski Lewandowski, minister przekształceń własnościowych, podpisuje Olechowski z Fiatem list intencyjny, a 20 maja 1992 roku ówczesny minister finansów w rządzie Jana Olszewskiego - Andrzej Olechowski podpisuje akceptację umowy. Osiem dni później swe podpisy składają sam premier i wspomniany minister. Jest jeszcze jeden człowiek, wart wspomnienia, który też podpisuje się pod tym dokumentem. To Zbigniew Piotrowski - przewodniczący Rady Nadzorczej FSM S.A. Już wkrótce, tym razem jako osoba prywatna, skasuje 5,4 miliona zł od Skarbu Państwa za..."opracowanie koncepcji prywatyzacyjnej". Nie wiem, czy jest jeszcze jeden taki kraj, w którym równie jawnie korumpuje się urzędników państwowych.

Ale wróćmy do Andrzeja Olechowskiego, wielkiego polityka Platformy Obywatelskiej, kandydata na prezydenta, który tak ładnie mówił o walce z korupcją w swoim programowym przemówieniu w finale kampanii prezydenckiej.

20 maja, gdy Olechowski podpisywał protokół uzgodnień do Umowy Definitywnej, nie mógł nie znać treści umowy z Fiatem przygotowanej przez jego kumpla, Janusza Lewandowskiego. A treść tej umowy była czymś niesłychanym w historii polskiego przemysłu motoryzacyjnego. Przewidywano cały szereg ulg, przywilejów i preferencji (zwolnienia celne, podatkowe, kontyngenty bezcłowe), jakie Skarb Państwa lekką rączką Lewandowskiego oddał Włochom.

Trzeba jasno stwierdzić, że minister Lewandowski przekroczył swoje kompetencje. Nie miał prawa ani upoważnienia do wyboru sposobu prywatyzacji FSM według własnego widzimisię. Nie miał też prawa gwarantować włoskiemu gigantowi ochrony ze strony rządu dla działalności Fiata w Polsce. Rada Ministrów upoważniała Lewandowskiego, a później Olechowskiego do działań, nie znając praktycznie stopnia zaawansowania rozmów między stroną polską a włoską. Obaj ministrowie cieszyli się ogromnym zaufaniem polskiego rządu. Obaj ministrowie zaufania tego nadużyli w sposób przestępczy i kryminalny.

Liczący ponad 900 stron projekt umowy nie był w ogóle poddany ocenie wyspecjalizowanych komórek prawnych organów administracji państwowej. To oburzające, oczywiście, ale prawdziwym kryminałem było to, że projekt tej tak ważnej dla kraju umowy sporządzony w języku angielskim i włoskim został przedstawiony rządowi na ledwie kilkanaście godzin przed obradami Rady Ministrów, na których miała zapaść decyzja o podpisaniu umowy z Fiatem. Jest oczywiste, że żaden z ministrów nie mógł rzetelnie poznać tego dokumentu. Widać na tyle panowie ministrowie ufali Olechowskiemu i Lewandowskiemu, że zaakceptowali podsunięty im dokument bez żadnych uwag! W umowie, oprócz ogromnych strat Skarbu Państwa, które pociągały za sobą wspomniane ulgi i zwolnienia, znalazły się też ustalenia dotyczące ochrony środowiska, jednoznacznie niekorzystne dla Polski. Rada Ministrów na tyle wierzyła Olechowskiemu, że poleciła centralnym organom państwowym podjęcie działań umożliwiających wykonanie umowy.

Popatrzmy, co takiego było w umowie, którą tak skrupulatnie przygotował Janusz Lewandowski, a podpisał jego kolega Andrzej Olechowski, obaj opierając swoje działania na kłamstwie i łamaniu prawa.

Umowa nakazywała Polakom odraczać Fiatowi płacenie cła, udzielać ulg w płatnościach, przyznawać 35 procent samochodów kontyngentowych, zobowiązywała też Polskę do zwracania Włochom wszelkich kar nałożonych na nich za zanieczyszczenie środowiska, a także zwalniała ich z obowiązku zatrudniania pracowników, którzy odeszli z zakładu, bo zostali powołani do wojska, lub kobiet po urlopach macierzyńskich. To skandal i niesłychane zupełnie warunki. Olechowski i Lewandowski zgodzili się na warunki, które zwykło się stosować wobec podbitych w konflikcie zbrojnym krajów! Jak łatwo Olechowski podpisał się pod urągającym wszelkim normom ustaleniom pozwalającym na pozbawianie pracy kobiet, które właśnie urodziły dzieci. On, demokrata i zwolennik rodziny, fotografujący się z wnuczką na przedwyborczych afiszach.

Niedopuszczalny jest też zapis w umowie, iż prawem, które reguluje wszelkie sporne kwestie, jest prawo szwajcarskie. Pomyłka? Nie.

Olechowski po prostu chronił interesy swoich mocodawców, bo zastosowanie szwajcarskiego prawa w praktyce uniemożliwiało rozstrzyganie sporów i - co ważniejsze - uniemożliwiało renegocjację umowy. Włosi zabezpieczyli się na wszelkie sposoby. Ale nie byłoby to możliwe bez pomocy i służalczości pana ministra Olechowskiego.Olechowski w imieniu Skarbu Państwa przyjął zobowiązanie, że włoskiej firmie będą wypłacane odszkodowania za nie odpowiadające Włochom decyzje polityki wewnętrznej lub zagranicznej. Tym samym złamał Konstytucję, najważniejszy akt prawny Rzeczpospolitej. Nikt go z tego nigdy nie rozliczył.

Dlatego instytucje kontrolujące stwierdziły jednoznacznie, że Andrzej Olechowski działał nielegalnie, a uchwały Rady Ministrów, wprowadzone przez Olechowskiego są niezgodne z prawem, czyli nieważne. Bo przede wszystkim Rada Ministrów ma obowiązek zapewnić swymi działaniami ochronę interesów państwa.

Skarb Państwa zobowiązał się decyzją Olechowskiego do przejęcia wszystkich długów FSM, a było tego 17 bilionów starych złotych, co oczywiście narusza ustawę o zobowiązaniach podatkowych. Ale jeśli Olechowski łamał Konstytucję, na którą przysięgał jako minister, to mógł też bezkarnie złamać zwykłą ustawę.

Co ciekawe, umowa została utajniona, część dokumentacji była nawet przechowywana w prywatnym mieszkaniu. Czyżby Andrzejowi Olechowskiemu zależało na tym, żeby społeczeństwo nie dowiedziało się, jaki pasztet przygotował podatnikom, którzy ze swoich kieszeni musieli zapłacić za nieprawne, przestępcze działania pana ministra?

Policzono, ile kosztowała nasze państwo samowola Olechowskiego, jego kłamstwa i mataczenie. 20 bilionów 326 miliardów starych złotych, czyli 2,3 miliarda nowych złotych. Z jednego zakładu! Decyzją jednego tylko człowieka!

Ministerstwo Finansów samo ponaglało Urzędy Skarbowe, by odraczały terminy płatności Fiata Auto Poland. Dysponuję dokumentami, które udowadniają, że np. Urząd Skarbowy w Bielsku--Białej w latach 1991-1993 odroczył włoskiej firmie spłatę 211 723 234 złotych.

W grudniu 1993 roku Skarb Państwa posiadał we wszystkich spółkach Katowskich w Polsce nie mniej niż 10 procent udziałów, wkrótce jednak, na skutek podniesienia kapitału przez Włochów, utracił wszelkie uprawnienia, a także stracił 357 miliardów starych złotych, które były wkładem gotówkowym za owe wspomniane 10 procent.
Olechowski, pytany potem przez prasę o swoje...quot;zasługi", bez żenady najpierw zwalał winę na poprzedników, czyli Janusza Lewandowskiego, a potem bagatelizował sprawę, mówiąc, że gdyby nie on, łaskawca, to FSM by upadła. Mówił, że uważa tę urągającą wszelkim normom i poczuciu sprawiedliwości umowę za sukces. To dopiero zakłamanie!

Jest chyba rzeczą oczywistą, że takie działanie nie mogło ujść bezkarnie. Doniesienie do prokuratury w Warszawie zostało zwrócone do prokuratury w Bielsku-Białej, choć dla każdego prokuratora musiało być jasne, że nie gwarantuje to bezstronności postępowania. Prokuratura Wojewódzka w Katowicach, gdzie w końcu wylądowało doniesienie o przestępstwach przy restrukturyzacji FSM, umorzyła postępowanie..."wobec braku znamion czynu zabronionego" (!).

Trzy związki zawodowe złożyły zażalenie na to oburzające postanowienie katowickiej prokuratury. Tam wreszcie ktoś poszedł po rozum do głowy, a może po prostu przestraszono się wzbierającego gniewu ludzi i sprawę od 1996 roku prowadzi Prokuratura Wojewódzka (obecnie Okręgowa) w Warszawie.

W 1997 roku prasa podała, że uzyskała potwierdzenie z prokuratury, iż w najbliższym czasie zostaną postawione zarzuty Andrzejowi Olechowskiemu. To zrozumiałe i oczekiwane posunięcie polskich organów ścigania. W każdym innym kraju człowiek, który naraził Skarb Państwa na tak ogromne straty, który okłamał Radę Ministrów, którego działania przy sprzedaży majątku narodowego nosiło wszelkie cechy oszustwa i lekceważenia prawa, taki człowiek, powtarzam, w każdym innym kraju stanąłby przed sądem. Oczekiwałem więc tego samego i w Polsce. I nic się nie działo. Tymczasem nic się nie dzieje do dzisiaj. Olechowski spokojnie kandydował na prezydenta, zmieniał partie jak rękawiczki, publicznie opowiadał, że jest człowiekiem do wynajęcia, czym budził niesmak nawet u najbardziej doświadczonych polityków, wreszcie założył Platformę Obywatelską, do której ściągnął polityków z partii, które przez ostatnie 4 lata doprowadziły Polskę na skraj upadłości. PO to grupa cynicznych graczy politycznych, liczących na ludzką łatwowierność, udających niewinnych i dopiero rozpoczynających karierę ludzi o czystych rękach. A jakie czyste ręce może mieć Olechowski, który doprowadził do niekorzystnego rozporządzenia państwowym majątkiem, Płażyński winien rozkładu Stoczni Gdańskiej, czy Lewandowski, którego ręce są unurza-ne po łokcie w nieczystych prywatyzacjach, w bezrobociu całych wsi i miast polskich?

Fiat po wakacjach podatkowych, jakie zafundowali mu polscy politycy liberałowie, tak ustawił sobie wskaźniki obliczania dochodów, że wykazuje tylko straty i... nie płaci w Polsce podatków. Nikt chyba w to nie uwierzy, jeżeli popatrzy na wskaźniki sprzedaży samochodów osobowych w Polsce, gdzie Fiat niezmiennie plasuje się na czołowych miejscach od lat.

Jeżeli krzyczę o rozkradaniu, wyszarpywaniu Polski po kawałku wykazuję, że nie są to jednostkowe sprawy, że mamy do czynienia z trwałym i zakorzenionym w polskim życiu politycznym zjawiskiem moralnego gnicia polskich elit politycznych, opieram się na faktach. A z faktami ciężko dyskutować. Nieubłaganym faktem jest dziwna zmowa milczenia, jaka zapadła wokół Andrzeja Olechowskiego. Czy to nie zastanawiające, że po doniesieniach prasowych, potwierdzonych informacjach o bliskim postawieniu zarzutów Olechowskiemu, zapada milczenie. Prokuratura nic nie robi, Olechowski kontynuuje karierę polityczną. Rzecznik Praw Obywatelskich, profesor Tadeusz Zieliński, w grudniu 1993 roku wystosował do Waldemara Pawlaka, ówczesnego premiera, pismo, by ten zainteresował się przebiegiem prywatyzacji. Znalazł się tam charakterystyczny fragment:..."(...) zdecydowałem się na przedstawienie sprawy Prezesowi Rady Ministrów, Pani Hannie Suchockiej, prosząc o zainteresowanie się przebiegiem prywatyzacji FSM S.A. w Bielsku-Białej, budzącej wiele emocji wśród pracowników tych Zakładów. Na skierowane do pani Premier pismo z dnia 21 września 1993 r. nie otrzymałem odpowiedzi.

"Odpowiadał rzecznikowi nie premier, widocznie miał za mało czasu, tylko minister przekształceń własnościowych. Był nim wtedy nie kto inny jak Janusz Lewandowski, ten sam, który przygotował ową haniebną umowę. Lewandowski próbował wyjaśniać, że pracownicy FSM nie dostali akcji spółki, bo miały one..."wartość ujemną". Żałosne próby okłamania profesora Zielińskiego spaliły na panewce. Nic z nich nie wyszło, bo Rzecznik Praw Obywatelskich nie przyjął tych pokrętnych tłumaczeń.

Słyszałem już wielokrotnie argumenty, że obrany sposób prywatyzowania czy resktrukturyzacji FSM był jedynie słuszny, bo ratował zakład przed bankructwem, a ludzi przed zwolnieniami. To nieprawda. Bzdurą jest, że nie było lepszych kontrahentów niż Fiat. Kontrahenci byli, tylko może nie dawali tak łatwo zarobić? Zachowanie miejsc pracy to dla mnie bardzo poważny argument. Ale zastanawiam się nad tym, ile miejsc pracy można by stworzyć, uruchamiając w polskiej gospodarce ponad 20 bilionów starych złotych?

Powiem jeszcze raz, żeby nikt nie miał wątpilwości - Andrzej Olechowski powinien za swoje niezgodne z prawem działania przy restrukturyzacji Fabryki Samochodów Małolitrażowych w Bielsku-Białej stanąć przed trybunałem Stanu. W żadnym innym kraju taki ktoś nie mógłby funkcjonować w polityce czy jakiejkolwiek działalności publicznej. Jego kariera byłaby raz na zawsze skończona. U nas, przy milczącej aprobacie kumpli liberałów ze wszystkich partii i ugrupowań, Olechowski kandyduje na prezydenta, dostaje propozycje wzięcia teki premiara. Ludzie, obudźcie się!

Nabici w rurę.

Gdyby udało nam się popatrzeć na Polskę z bardzo wysoka, to łatwo zobaczymy, że jest przecięta na pół ciemną kreską rurociągu jamalskiego, Wielką Rurą, przeciągniętą w wyniku kontraktu stulecia, jak nazywa się go w oficjalnej propagandzie. A tak naprawdę to jeden z największych przekrętów w III RP, złoty interes dla międzynarodowej grupy oligarchów finansowych. To również pomnik niekompetencji i złej woli rządzących tym krajem chciwych ludzi o mentalności niewolników, z różnych zresztą obozów politycznych - od lewicy do prawicy. Co najgorsze, oprócz tego, że podpisywali oni niekorzystne dla Polski umowy, za które będziemy przez długie lata płacili wszyscy, na każdym kroku dawali dowody pogardy dla zwykłych ludzi, na których można nie zwracać uwagi, można bezkarnie deptać ich prawa oraz pozbawiać ich ziemi i domów. Historia, jak do tego doszło, jest kolejną opowieścią o degeneracji i skudleniu polskich elit politycznych.

W 1992 roku Rosja zażądała od Polski natychmiastowej zapłaty za dostarczany naszemu krajowi gaz. To były duże kwoty i spełnienie żądań strony rosyjskiej zachwiałoby i tak już niestabilnymi finansami państwa. Wtedy pojawiła się prywatna Gudzowaty spółka Bartimpex i jej prezes Aleksander Gudzowaty. Bartim-pex złożył propozycję, że będzie pośrednikiem w zakupie rosyjskiego gazu, a w zamian zagwarantuje odroczenie opłat nawet na rok. Strona polska przystała na to z radością, nie bacząc, że w ten sposób mała prywatna spółka uzależnia od siebie ogromne przedsiębiorstwo Państwowe Górnictwo Naftowe i Gazownictwo. Szkoda, że nikt się wtedy nie zastanawiał, jakie ma koneksje i czyj interes reprezentuje Bartimpex. Liczyła się tylko doraźna korzyść.

Pod koniec tego samego roku Komitet Ekonomiczny Rady Ministrów, obradujący pod przewodnictwem wicepremiera Goryszewski Goryszewskiego, przyjmuje opracowany przez Ministerstwo Przemysłu i Handlu..."Raport w sprawie dostaw gazu ziemnego do 2010 roku." W tym ochoczo przyjętym dokumencie uznano, że zapotrzebowanie Polski na gaz ziemny będzie wzrastać co roku i dojdzie do 45 miliardów metrów sześciennych rocznie. To było kłamstwo. Wiem, co mówię - kłamstwo, a nie pomyłka czy niedopatrzenie. Skąd wzięła się taka ilość gazu, którą podważają i podważali wszyscy liczący się polscy i zagraniczni eksperci? Otóż ówczesny minister przemysłu i handlu, Klemens Ścierski, otrzymał takie właśnie dane od mało znanej organizacji Energy Restructu-ring Group. Wyliczenia tych ekspertów urzędujących za polskie pieniądze w hotelu Mariott poparło PGNiG.

Poparcie udzielone przez tak poważną instytucję państwową dla każdego ministra musi być istotnym i ważkim argumentem. Nie wyobrażam sobie jednak, żeby minister nie wiedział, że Andrzej Brach, jeden z dyrektorów PGNiG jest ściśle powiązany prywatnymi interesami ze stroną rosyjską. I nie były to interesy z gatunku najczystszych. Andrzej Brach był między innymi członkiem władz spółki, która dysponowała nieruchomościami należącymi do ambasady Federacji Rosyjskiej. W budynkach tych, położonych w najlepszych punktach Warszawy, przez co wartych ogromne pieniądze, mieściły się różne rosyjskie instytucje, spółki i przedstawicielstwa, co do których gazety wysuwały przypuszczenia, że są ekspozyturami rosyjskich służb specjalnych. Nikogo nigdy nie bulwersowało, jak to jest możliwe, że na czele państwowej instytucji odpowiadającej za dysponowanie strategicznym surowcem energetycznym, jakim jest gaz ziemny, może stać człowiek, który w innej spółce dba o interesy obcego kraju. Minister Ścierski z trybuny sejmowej w dobrej wierze opowiadał dyrdymały, że już za kilka lat Polska będzie miała ogromne zapotrzebowanie na gaz ziemny, a wniosek z jego opowieści był jeden: trzeba jak najszybciej porozumieć się z kimś, kto ma gazu pod dostatkiem, może nam go sprzedać i na tym zarobić. Takim kimś była Rosja, nasz tradycyjny dostawca tego surowca.

25 sierpnia 1993 roku, podczas wizyty prezydenta Rosji Borysa Jelcyna, zostaje podpisane..."Porozumienie między rządem Federacji Rosyjskiej a rządem Rzeczypospolitej Polskiej o budowie systemu gazociągów dla tranzytu gazu rosyjskiego przez terytorium RP i dostawach gazu rosyjskiego do Rzeczypospolitej Polskiej". Ze strony polskiej podpisał ten dokument Henryk Goryszewski, wicepremier odpowiadający w rządzie Hanny Suchockiej za sprawy gospodarcze. To kuriozalny dokument. Miesza się w nim pogarda dla obowiązującego w Polsce prawa z całkowitym lekceważeniem interesu ekonomicznego Polski i zgodą na praktyczne podporządkowanie naszego kraju gospodarczemu dyktatowi mocarstwa zza wschodniej granicy. Inaczej mówiąc, Goryszewski podpisał dokument szkodliwy dla kraju, w którym z woli wyborców sprawował władzę.

W punkcie drugim tego dokumentu stwierdzono, iż do realizacji budowy gazociągu powołana zostanie spółka akcyjna, której założycielami będą rosyjski Gazprom i PGNiG, które obejmą po 50 procent akcji. Polskie prawo wyraźnie stwierdza, że założycieli spółki akcyjnej powinno być co najmniej trzech. 23 września dołączyła zatem do tej spółki pod nazwą Europolgaz, na wniosek strony rosyjskiej, kolejna spółka -Gaz Trading. Istotną role w tej spółce odgrywał Bartimpex i jego prezes Aleksander Gudzowaty. Bartimpex wchodził w ten interes jako firma, której PGNiG było winne niemal bilion starych złotych. Popatrzmy: w rzekomo równoprawnej dla obu stron spółce 48 procent udziałów objęło rosyjskie konsorcjum Gazprom, 48 procent PGNiG, na czele którego stoi człowiek reprezentujący interesy państwa rosyjskiego w innej spółce, i 4 procent Gaz Trading, czyli Bartimpex, który jeśli nie reprezentował stanowiska rosyjskiego, to w najlepszym wypadku myślał wyłącznie o własnym zysku. Gdzieś zginęła w tym wszystkim sprawa podstawowa: co z tego kontraktu będzie miała Polska, co z tego będą mieli zwykli ludzie? Odpowiedź jest prosta: nic. Bo urzędnicy państwowi, którzy w założeniu powinni odpowiadać za reprezentowanie interesów kraju, ani przez chwilę nie myśleli tymi kategoriami. Najlepszym dowodem na to jest punkt 5 porozumienia:..."Strona polska gwarantuje swobodny tranzyt gazu przesyłanego w ramach niniejszego Porozumienia i nie będzie podejmować działań, które mogłyby utrudnić transport gazu dostarczanego dla przesyłania od punktu zdawczo-odbiorczego na granicy biało-rusko-polskiej do punktów zdawczo-odbiorczych na granicy polsko - niemieckiej. (...) W przypadku niedotrzymania z winy Strony Polskiej lub firmy operatora gwarancji dotyczących tranzytu, Strona Rosyjska ma prawo obniżyć wielkości dostaw gazu dla Strony Polskiej".

Nie ma w tym punkcie mowy o jakichkolwiek opłatach ze strony rosyjskiej za przesyłanie gazu przez terytorium naszego kraju. Wylicza się tylko obowiązki Polski dla zapewnienia gwarancji bezpiecznego transportu do Europy Zachodniej rosyjskiego gazu. Ich niespełnienie to kary - będziemy dostawać mniej gazu. Gdyby zwykły biznesmen podpisał z kontrahentem umowę, w której nie zagwarantowałby swojej spółce zysków z interesu, do którego przystępuje, to akcjonariusze mieliby pełne prawo podać go do sądu, a ten skazałby go za działanie na niekorzyść spółki. Henryk Goryszewski, Andrzej Brach i Aleksander Fin-dziński do dziś nie odpowiedzieli przed żadnym trybunałem. A co do tego, że umowa była niekorzystna dla Polski, nie ma przecież żadnych wątpliwości. Można się zastanawiać, czy na to, że Goryszewski podpisywał tak szkodliwą dla naszego kraju umowę międzynarodową, miał wpływ fakt, że jego zięć od dłuższego już czasu zajmował się przestępczą działalnością, o której doskonale wiedziały rosyjskie służby specjalne, i poinformowały o tym Goryszewskiego. W zamian za milczenie być może na krótki moment podpisywania dokumentu zaproponowano mu oślepnięcie? Taki przebieg wypadków sugerowali mi ludzie, którym mogę ufać.

Wydaje się rzeczą zrozumiałą, że właściciel tak ogromnego gazociągu, czyli rosyjski Gazprom, płaci za przesyłanie gazu stronie polskiej odpowiednio duże kwoty. Ale nie w tym przypadku. Według danych będących w moim posiadaniu, Gazprom płaci jakieś śmieszne sumy za tranzyt gazu. A nie można wykluczyć, że strona polska w ogóle nie pobiera żadnych opłat tranzytowych. Mówił o tym publicznie wiceprezes PGNiG - Janusz Tokarzewski na sympozjum w Bydgoszczy, w kwietniu 1997 roku. Gdyby wszystko było jak należy i gdyby twórcy kontraktu stulecia mieli czyste sumienia, to raczej nie ukrywaliby przed społeczeństwem wysokości kwot, jakie powinny wpłynąć do państwowej kasy za to, że Europa Zachodnia będzie zasilana rosyjskim gazem, przepływającym przez polskie ziemie. Jednak na pytania, ile Polska zarobi na dostawie gazu, odpowiedź jest niezmiennie od lat taka sama: tajemnica handlowa. A przecież gdyby Gazprom płacił tyle, ile wynoszą normalne, światowe stawki, a nic nie stoi temu na przeszkodzie, to wpływy do polskiego budżetu wynosiłyby po zakończeniu budowy obu nitek gazociągu 1,4 miliarda dolarów rocznie. Tyle że Europolgaz i Bartimpex jakoś się nie chwalą. Dlaczego? Ekspertom pozostawiam propozycję, na co można wydać tak ogromną sumę, sam też mogę podrzucić kilka podpowiedzi. Może na stworzenie tysięcy nowych miejsc pracy, może na lepsze wyposażenie wiejskich szkół, może na pomoc tym, którzy żyją poniżej minimum socjalnego?

To nie jedyna uprzejmość, którą Rosjanom wyświadczyli polscy urzędnicy państwowi. Europolgaz został zwolniony z opłat celnych za importowane rury, maszyny i urządzenia. O tym również mówił Janusz Tokarzewski. Ile zatem kolejnych milionów dolarów darowano prawem kaduka zagranicznemu kontrahentowi? Jeżeli my ich nie mamy, to gdzie się podziały? Zostały rozkradzione - brzmi odpowiedź. Zapewniam: prędzej czy później winni opisywanych przeze mnie machlojek i krętactw zostaną ukarani. Nastąpi to prędzej, niż myślą.

Trasa gazociągu prowadzi przez chłopskie pola, ale nikt nie zawracał sobie głowy, by prawnym właścicielom ziemi zapłacić godziwe odszkodowania - tak jak to się czyni w krajach Unii Europejskiej. Przy czym, co warte podkreślenia, Europolgaz płacić powinien za ograniczenie prawa własności ziemi, pod którą biegnie Wielka Rura. Nikt w Polsce o tym nie mówi. Oficjalna propaganda wtłacza ludziom do głów, że polskiemu rolnikowi należy zwrócić pieniądze wyłącznie za utracone w trakcie budowy zbiory, szkody w wieloletnich uprawach czy zmniejszenie urodzajności gruntów. Tymczasem na świecie płaci się przede wszystkim za ograniczenie prawa własności oraz niebezpieczeństwo związane z gazociągiem. Jedna awaria pociągnąć może za sobą poważne zagrożenia dla życia i zdrowia ludzi z tych terenów. Doświadczenia innych krajów powinny dać do myślenia. Nie zapominajmy też o jeszcze jednym, do tej pory lekceważonym zagrożeniu -o terroryzmie. Po 11 września 2001 roku może ono dotknąć każdy kraj. Nawet zwykłe mechaniczne uszkodzenie (perforacja) powierzchni gazociągu może spowodować samozapłon gazu, a wtedy gazociąg pruje się jak poduszka i pali wszystko na przestrzeni kilkuset metrów. Nie trzeba do tego żadnych wymyślnych środków. Zgoda na taką rurę w swojej ziemi, to zgoda na stałe zagrożenie życia swojego i swojej rodziny. A to wszędzie na świecie ma swoją cenę.

W Niemczech płaci się około 400 euro za każdy hektar urodzajnych gruntów oddanych pod gazociąg. Nie chcę przez to powiedzieć, że żądamy, by każdy właściciel pola, na którym Europolgaz w imieniu Gazpromu układa wielkośrednicowe rury, dostawał do ręki tysiące dolarów gotówką. Samoobrona żąda, by oprócz wysokich odszkodowań dla właścicieli gruntów taki potentat finansowy jak Gazprom dał pieniądze przede wszystkim gminom, przez które przebiega nitka gazociągu. Pieniądze przeznaczyć można przede wszystkim na kształcenie młodzieży wiejskiej, na infrastrukturę gminną, na opiekę zdrowotną, wreszcie na odtworzenie uszkodzonych systemów melioracyjnych oraz zniszczonych ciężkim sprzętem dróg i pól. Byłyby to wymierne korzyści dla wszystkich mieszkańców. Cywilizacyjny awans. Być może wtedy błogosławionoby Gazprom i wszystkich związanych z tą inwestycją.

W 1997 roku ówczesny prezes Europolgazu pisał:..."W przypadku budowy gazociągów wysokiego ciśnienia nie wypłaca się żadnego odszkodowania z tytułu ograniczenia prawa własności gruntów. Właściciele otrzymują tylko nieznaczne kwoty za tzw. czasowe zajęcie gruntów, szkody w uprawach wieloletnich i zniszczenie gleby i skały macierzystej". Proszę, jakie to dla niego oczywiste - nie płacić rolnikom żadnych pieniędzy, a jeżeli już, to najwyżej rzucić ochłap. Jaka w tych słowach pogarda wielkiego pana dla maluczkich!J

eżeli nawet nie można w krótkim czasie wprowadzić reguł obowiązujących w krajach Unii, to może chociaż warto by było zwrócić uwagę na pismo Urzędu Komitetu Integracji Europejskiej. Na pytanie o wysokość opłat, UKIE odpowiedział, że..."opłata taka mogłaby być kalkulowana jako określony procent wartości gruntu, na którym dokonywana była inwestycja i waloryzowana corocznie o wskaźnik inflacji, a więc możliwe byłoby uwzględnienie w tym zakresie rozwiązań przyjmowanych przy analogicznych inwestycjach w państwach Unii Europejskiej". Czyli można coś zrobić . Dla pana Adamczyka jednak jest to niemożliwe. Żałuje rolnikom ze skąpstwa, czy tylko broni interesów rosyjskiego partnera?
Polscy rolnicy, którzy mieli nieszczęście znaleźć się na drodze gigantycznej rury, traktują robotników Gazpromu jak okupantów i wandali. I mają ku temu podstawy.

Próby przeciwstawienia się wielkiej międzynarodowej firmie kończą się fatalnie: ludzie są szczuci psami, bici przez wynajętych ochroniarzy, strzelają do nich polscy policjanci wykonujący rozkazy władzy, żeby rozpędzić hołotę, która ma czelność dopominać się o swoje. To nie są gołosłowne stwierdzenia. To fakty. Tak właśnie wyglądało rozbijanie blokad protestacyjnych. Samoobrona nie może pozostać obojętna na przejawy lekceważenia polskich obywateli i dlatego wspiera ich w obronie ich praw. Warto pamiętać, że gdy w maju 1997 roku protestowali mieszkańcy kilku wsi w okolicach Włocławka, w polskiej prasie zapanowała dziwna zmowa milczenia, przełamana dopiero wywiadem udzielonym przeze mnie polonijnej gazecie z USA.
Zwolennicy gazociągu nie przebierają w środkach. Na zwykłych ludzi mają groźby i zastraszanie. Na trochę ważniejszych mają to, na czym znają się najlepiej - pieniądze. Mecenas Edward Wende, poseł i znany moralista, zjawił się w redakcji tygodnika Solidarność zaraz po tym, gdy pismo rozpoczęło cykl artykułów na temat przekrętów w kontrakcie stulecia. Wende zaproponował w imieniu Gudzowatego wyciszenie sprawy. Są na to świadkowie. Nie wątpię, że Gudzowatego stać było by na zapłacenie każdej sumy, skoro na kampanię wyborczą Lecha Wałęsy w 1995 roku wyłożył 2 miliony złotych. Teraz opowiada o swoim przywiązaniu do lewicy i tam szuka ochrony i wspierania jego interesów.

Kontrakt stulecia jest przekrętem stulecia. Nie pierwszym i nie ostatnim z tych, które zmontowały przez ostatnie 12 lat tzw. elity polityczne Polski. Ich machlojki, błędne decyzje i nadużycia ozdabiają najnowszą historię niepodległej Polski. Ludzie w naszym kraju powinni się bogacić. Ale nigdy społeczeństwo nie dawało nikomu przyzwolenia, żeby bogacić się kosztem krzywdy zwykłych ludzi. Jeżeli dwaj złodzieje chcą się wzajemnie okradać, to proszę bardzo, ale Samoobrona nie pozwoli, żeby kilku milionerów mnożyło swoje majątki, doprowadzając na skraj ubóstwa tysiące ludzi.

Inne lewe interesy polityków.

Nie wszyscy politycy mieli możliwość wpływania na przepisy -tak, żeby odnieść wymierne, szeleszczące korzyści. Ci, którzy z racji zajmowania niższych stanowisk mogli tylko zazdrościć rozzuchwalonym kolegom i towarzyszom partyjnym, postanowili nie patyczkować się, tylko wejść w biznes bez pośredników.

W roku 1990 dzisiejsi obrońcy prawa i sprawiedliwości -bracia Jarosław i Lech Kaczyńscy, powołali spółkę Telegraf. Na kapitał spółki złożyły się pieniądze pochodzące z przedsiębiorstw państwowych, m. in. krakowskiego Banku Przemysłowo-Handlowego i Budimeksu (w którym państwo miało wówczas 51 procent udziałów). Dołożyły się też prywatne firmy, np. Art B. Prezesi spółki, Bagsik i Gąsiorowski, twierdzili, że pieniądze, które włożyli w Telegraf, miały ich ochronić przed wścibstwem policji, UOP, fiskusa czy nadzoru bankowego.

Telegraf - spółka, która miała się zajmować dosłownie każdego rodzaju działalnością gospodarczą - w rzeczywistości przygotowywana była do tego, żeby się stać zapleczem finansowym Porozumienia Centrum - wówczas jednego z dwóch najsilniejszych ugrupowań politycznych prawicy. Aby zaplecze to było bardziej funkcjonalne, działacze PC Jarosław Kaczyński, Maciej Zalewski (znany już z afery Art B), Sławomir Siwek i Adam Glapiński powołali Fundację Prasową Solidarności. A tak na marginesie - konstrukcja prawna i finansowa fundacji była wówczas ulubioną przez polityków formą aktywności biznesowej. Zwolnienia podatkowe, możliwość manipulowania dotacjami i darowiznami, brak szczegółowych procedur kontrolnych - wszystko to sprawiało, że największe szwindle odbywały się pod przykrywką fundacji. Nie inaczej było z Fundacją Prasową Solidarności - na dobry początek dostała w dzierżawę biurowiec położony w centrum Warszawy. Na wynajmowaniu kilkunastu pomieszczeń fundacja zarabiała dwa razy więcej, niż musiała płacić gminie za dzierżawę całego budynku. Oczywiste pytanie - dlaczego te pieniądze nie mogły trafiać bezpośrednio na konto gminy? - było, wówczas poczytywanie jako zamach na demokrację, wolność gospodarczą i przedsiębiorczość założycieli fundacji. Nieliczne ataki na ten czytelny dla wszystkich przekręt Porozumienia Centrum odbierane były jako polityczna agresja.

Mimo doniesień prasowych, złotym interesem PC nie zainteresowała się prokuratura i nie pociągnęła nikogo do odpowiedzialności. Skandal wybuchł dopiero wtedy, gdy wydało się, że fundacja pożyczyła Porozumieniu Centrum 800 tysięcy zł, a partia nie zwróciła odsetek, które zdążyły narosnąć do kwoty 900 tysięcy. Dla sądu, który rozpatrywał tę sprawę, nie był to jednak wystarczający powód do tego, aby kogokolwiek skazać!

Zasada, którą PC wykorzystało jako jedna z pierwszych partii politycznych, zaczęła obowiązywać powszechnie. Coś, co kiedyś nazywano spółkami nomenklaturowymi, i wzbudzało zrozumiale oburzenie, w nowych warunkach politycznych i własnościowych osiągnęło wymiar akceptowanej reguły. Polegała ona na kompletnym pomieszaniu pieniędzy publicznych z prywatnymi. Im ktoś bardziej umiał wymieszać, tym stawał się zamożniejszy. Cwaniacy zdobywali fortuny, a państwo schodziło na psy.

Bo czym było kupowanie po korzystnym kursie akcji towarzystwa ubezpieczeniowego Polisa przez żony znanych polityków lewicy, jeśli nie próbą wymieszania pieniędzy prywatnych z publicznymi? Jak nazwać bezczelną akcję ministra Glapińskiego, któremu zamarzyła się zależna od prawicy sieć stacji benzynowych, jeżeli nie skokiem na kasę? Glapiński czuł się tak pewnie, iż nie bał się podpisać pod pisemnym poparciem dla włoskiej firmy Italco, która wraz z PC miała zbudować naftową potęgę partii. Zresztą to, co nie udało się Glapińskiemu w roku 1991, powiodło się 9 lat później -w nieco innych warunkach. Powstała Telewizja Familijna, obecnie Puls; na to niezwykle kosztowne i finansowo ryzykowne przedsięwzięcie zrzuciły się państwowe firmy (m. in. PZU, Kombinat Górniczo-Hutniczy Miedzi i PKN Orlen) zarządzane przez menedżerów związanych z prawicą, a czasem wręcz od prawicy zależnych. Telewizja Puls pomyślana została jako tuba propagandowa prawicy. Przy okazji, w tak kapitałochłonnej inwestycji jak stacja telewizyjna, politycy określani mianem...quot;pampersów" (Wiesław Walendziak, Waldemar Gasper i inni) mieli nadzieję znaleźć dla siebie dobrze płatne posady. Niewykluczone, że później chcieli przejąć część udziałów i czerpać zyski wielokrotnie większe. Niestety, noga im się powinęła. Coś, co w przeszłości służyło im za parawan lewych interesów, czyli niewidzialna ręka rynku, tym razem okazało się bezlitosne. Właśnie wąski i wy drenowany rynek reklam powoli prowadzi Puls na skraj bankructwa.

Inna afera, której rozmiarów finansowych jeszcze nie oceniono, to prywatyzacja PZU. Najstarszym i największym polskim towarzystwem ubezpieczeniowym z woli polityków Akcji Wyborczej Solidarność rządzili dwaj - jak ich ironicznie określano -..."lekarze bez granic" Władysław Jamroży i Grzegorz Wieczerzak. Obaj cieszyli się zaufaniem i poparciem takich tuzów prawicy, jak ministrowie skarbu: Emil Wąsacz i Andrzej Chronowski. Pieniądze uzyskane ze sprzedaży PZU tylko w części miały zasilić budżet państwa. Bokiem miały pójść wielkie sumy na kolejne kampanie wyborcze organizowane przez prawicę. Gdy zbliżał się nieuchronny koniec rządów AWS, prywatyzacja PZU nabrała niezwykłego przyspieszenia. W ferworze kłótni, o jak największy kawałek tortu wyszła na jaw - jak szybko ją nazwano - największa afera gospodarcza dziesięciolecia: niegospodarność w PZU. Wieczerzaka zamknięto za kratkami, a z informacji, które skąpo docierają do opinii publicznej, już dziś można sądzić, że w potocznym określeniu nie było żadnej przesady. Oto Wieczerzak, który jako prezes potężnego PZU Życie obracał setkami milionów złotych, przekazywał je w małej części na swoje prywatne konto, a w większej - na rachunki spółek ściśle związanych z prawicą. Na przykład agencje reklamowe Marka Budzisza ("pampers", doradca Walendziaka) czy Pawła Ciacha (rzecznik prasowy MSW, człowiek wicepremiera Janusza Tomaszewskiego) dostawały z PZU Życie fikcyjne zlecenia na takie sumy, o jakich zwykłym ludziom się nie śniło. Kasa PZU szła też na przedsięwzięcia, za którymi stał senator, a później również minister Chronowski, oraz poseł AWS Zygmunt Berdychowski. Nikt im nie postawił żadnego zarzutu. Oni po prostu tylko brali pieniądze, a branie to przecież nic takiego, nawet jeśli rujnuje państwową firmę.

Afery są fundamentem, na jakim wyrosły fortuny polskich krezusów. Opowiadałem o tych największych, ale przecież okradano państwo, jak tylko się dało, na każdym kroku. Ilustracją tej tezy niech będą dokumenty, które mam przed sobą.

Peakes - przedsiębiorstwo państwowe, na którym w 1997 roku położyło łapę ZChN. Pierwszym posunięciem nowego Zarządu była tzw. korekta uposażeń. Korekta ta dotyczyła tylko zarządu -i tak: prezes ustalił swoją pensję na 35 tysięcy zł, wiceprezes - na 27 tysięcy zł, a dyrektorzy biur - na 15 tysięcy. Za tak gigantyczne płace zarząd doprowadził Pekaes do ruiny finansowej. Aby zatrudnić nowego dyrektora Pekaes-Transport w Pruszkowie, zarząd wynajął firmę doradczą. Spośród kilku kandydatów wybrano jednego, którego po trzech miesiącach wyrzucono z hukiem za nieudolność i niegospodarność. Za ową fuszerkę firma doradcza Amis dostała 37 tysięcy złotych.

We wrześniu 2001 roku prezes państwowego przedsiębiorstwa Pekaes S.A. Albert Borowski i członek zarządu Andrzej Wawer Lisiecka - zawarli umowę o dzieło z niejaką Bożeną Lisiecką-Zając, wysoką urzędniczką Ministerstwa Finansów. Pani ta przeprowadziła wykład autorski na temat: ..."Zmiany w ustawie o rachunkowości" i zainkasowała za to 60 tysięcy zł! Za jeden wykład! To był tylko początek, bo dwa miesiące później zlecono tej samej pani przeprowadzenie seminarium na temat" ..."Dokumentacja zasad rachunkowości w świetle znowelizowanej ustawy o rachunkowości". Pani Lisiecka-Zając napisała na rachunku, jaki wystawiła firmie Pekaes SA, że odbyły się cztery zajęcia poświęcone temu tematowi. I za to Pekaes zapłacił Lisieckiej kolejne 40 tysięcy zł! Państwowych pieniędzy. W tym samym czasie Pekaes zwalniał kolejnych ludzi, likwidował linie autobusowe, walczył o zmniejszenie strat, jakie przynosi budżetowi państwa.

Ile takich firm jest jeszcze w całej Polsce, z których cienkimi strumyczkami wyciekają finanse naszego państwa?

Nie wierzę w zapewnienia tych prawników, którzy twierdzą, że korupcji praktycznie nie da się udowodnić. Do dawania i brania łapówek musiałby się przyznać dający i biorący, a najlepiej, żeby był jeszcze świadek... Bzdura. Jeśli nie ma dowodów, to wyrok sądu powinien się opierać na mocnych poszlakach, bo przecież prokuratorzy raczej nie spędzają czasu na siedzeniu pod stołem i patrzeniu, jak przechodzą tam pieniądze z ręki do ręki. Tymczasem utarło się, że politycy są niewinni z definicji, nawet jeżeli już dziecko by orzekło, że taka to a taka decyzja musiała być powzięta z..."poparciem" finansowym. Polityk nie może odpowiadać tylko przed Bogiem i historią; w każdym dniu sprawowania władzy powinien czuć, że gdy władze tę straci, zostanie rozliczony z każdej błędnej i podejrzanej decyzji.

Pobłażliwość dla polityków zwiększa ich bezczelność. Już nie muszą działać w białych rękawiczkach, podstawiać żony do zakupu akcji Polisy (jak Kwaśniewski i Oleksy) ani zaprzeczać posiadaniu udziałów w banku (jak Jan Krzysztof Bielecki).

Dziś politycy mówią otwartym tekstem. Marian Krza-klewski wręcz obiecywał swoim ludziom, że po zdobyciu władzy w roku 1997 będzie miał do obsadzenia 4 tysiące państwowych posad. Cztery lata później Krzysztof Janik głośno mówił o tysiącu etatów. Czy ktoś wyczul w ich zapowiedziach troskę o państwo oraz jego obywateli? Czy też słychać było wyłącznie pazerność i nadzieję na dorwanie się do państwowej kasy?

Im się wydaje, że tak będzie zawsze. Gdy mówię, że kiedyś skończą się takie praktyki i że państwo będzie oznaczać państwo, a prawo - prawo, wyśmiewają mnie i wskazują na przestępcę Leppera, którego jedyną zbrodnią jest nazywanie rzeczy i ludzi po imieniu.

Śmiejcie się, śmiejcie, żeby wam tylko ten śmiech pewnego dnia nie zamarł na ustach.

Drogi Czytelniku,

Czy znasz taki kraj na świecie, w którym gry liczbowe (TOTO, TOTO-LOTEK, TOTALIZATOR) i kasyna gry nie przynoszą dochodu?

Otóż jest taki kraj. Nazywa się Polska! I chociaż brzmi to niewiarygodnie, straty za 2001 rok wyniosły w samym Toto-Lotku 120 milionów złotych, a wszystkie kasyna gry, podobnie jak supermarkety były deficytowe.

Dlaczego?!!!
Dlaczego dajemy się okradać?!!!


Andrzej Lepper





11.7.2011
Andrzej Prochoń




Rolnicy





Z wielką troską obserwuję Wasze zmagania o przetrwanie na polskiej ojcowiźnie. Ostatnimi laty natura nie szczędzi nam klęsk w postaci powodzi, gradobicia, huraganów. Jakby tego było mało, rząd i jego agendy odpowiedzialne za, być albo nie być, polskiego rolnika - ignorują wołania o ustabilizowanie systemu skupu. Skandalem jest, nie zauważanie sytuacji, w której polski chłop stoi na przegranej pozycji. Władza nie musi czynić cudów ale ma obowiązek wobec Was i konsumentów interweniować w sytuacjach patologicznych. Zdumiewającym jest także fakt , że środki do produkcji rolnej, osiągają ceny - stając się faktycznie niedostępne dla przeciętnego gospodarstwa rolnego. Tak dalej być nie może !!!.

Ja, Andrzej Prochoń doskonale znam problemy związane z produkcją rolną. Nie jest mi obcy smak poniżenia, kiedy spekulanci "w żywe oczy" oszukują tych "co żywią i bronią". Czy stać nas tylko na bezsilne biadolenie. Osamotnieni, w pojedynkę, nie stanowimy siły, która jest w stanie odwrócić nasz los. Tylko poprzez zdecydowanie nie !!! - ale zjednoczeni, pokonamy każdą przeszkodę dla dobra nas samych, naszych rodzin. Stańmy jeszcze raz w jednym szeregu, bo tylko razem pokonamy każdą przeszkodę.

Andrzej Prochoń





11.7.2010

"Zwyciężymy wszystko, ludzi, rzeczy, bagna, skały i piaski"
Ferdinand Lesseps


Tak będzie,




Jak napisał w swoich notatkach, budowniczy kanału Sueskiego. A dlaczego, bo idea jest silniejsza niż skały i inne przeszkody. Jakaż to idea, wymusza na nas, ludziach Andrzeja Leppera, upór w dążeniu do celu. Banalnie prosta w formie: "Każdy człowiek jest ważny". Dla niej stoimy niezłomnie boku szefa. On stworzył podwaliny powrotu godności każdego, kto jest obywatelem ziemi - tej ziemi. On i my, nie zgadzamy się z faktem, że degraduje się mniej zaradnych, takich co pracą swoich rąk zarabiają na chleb. Nigdy nie pogodzimy się z faktem, że polski, pracowity, zaradny, przedsiębiorca, zostaje zepchnięty na margines, bo stanął na drodze ponadnarodowym koncernom. Nie do pogodzenia jest fakt, że polski naukowiec, drzemie za biurkiem, bo państwo skąpi środków na prace naukowe. Dość niezauważania faktu, że polska kultura ubożeje, bo mecenas jakim jest państwo, nie wspiera ludzki kultury i sztuki. Skandalem jest, brak regulacji prawnych w celu ochrony polskich rolników przed spekulacyjną machiną.
Tym i wielu innym patologicznym zjawiskom mówimy dość. Tak być nie może, aby mała grupa krętaczy, decydowała o nas i losie naszego kraju.
Dopóki taki stan się utrzyma, dopóty - Samoobrona jest - niech pamiętają ci, dla których polska to pole do nieróbstwa lub kombinacji.

Bogusław Olejniczak
rolnik
przewodniczący powiatu zgierskiego





10.7.2010
Krzysztof Łysyganicz

W czym mogę pomóc ?





Przyglądam się światu, takiemu w mikro skali, czyli analizuję i oceniam zjawiska zachodzące, tu na polskiej ziemi. Radość obcowania z ludźmi, zamąca mi smutek, zepchnięcia ludzi do poziomu bezdusznych maszyn. Ich to wina, czy systemu. A może, tak jesteśmy zaprogramowani przez siły wyższe, że nie wychylamy się poza czubek własnego nosa. Zły, to byłby znak.

Rodzina, praca, godne życie - cóż to znaczy. Tyle i aż tyle, że po spełnieniu tych warunków, istnieje gwarancja, że staniemy się bardziej wrażliwi na los drugiego człowieka. Znajdziemy chwilę wytchnienia w pędzie bytu materialnego. Ileż zła wyczynia model życia - konsumpcyjny. Lepszy but, coraz lepszy samochód, meble, wczasy, itd. Rozpychamy się łokciami, zapominając, że wokół nas są ludzie, potrzebujący pomocy. Stworzenie rozwiązań systemowych, co mocno akcentuje Samoobrona i Andrzej Lepper, pozwoli zniwelować mechanizmy kierujące nas do postaw egoistycznych.

Z lektur szkolnych pomału wycofywane są pozycje nacechowane umiłowaniem ojczyzny, ukazujące krzywdę ludzką, choćby w postaci biedy. Znika element wychowawczy. Jak wielu z nas pamięta los małego dziecka z noweli - " Janko Muzykant". Ból rodzi ból. Nie jest tajemnicą, że polskie dzieci, idą do szkoły głodne, a co za tym idzie, z pewnością sytej kolacji też nie było.
Nigdy już nie dopuśćmy, aby mały człowiek, był krzywdzony przez świat dorosłych.
Jeden but stojący w szafie mniej - jedno dziecko zaczyna z radością patrzeć na świat.

W czym i komu mogę pomóc - tak powinien rozpoczynać się poranek każdego z nas. A zagubionych w nowej rzeczywistości jest tak wielu, że nie jesteśmy w stanie samodzielnie zapanować nad bezmiarem nędzy. Nic to, zawsze rano pomóż tylko jednemu - a jeżeli takich jak ty, będzie wielu - ileż to pozytywnej energii spłynie na na tych, co pomocy potrzebują. Może ten człowieczy gest, odwróci ich zły los. Cała nadzieja w człowieku - bo człowiek, człowiekowi zgotował ten los - dobry i zły. Wszystko zależy od nas - ludzi.

"Samoobrona jest" - to jedno z naszych haseł wyborczych. W tych słowach tkwi tajemnica wrażliwości na los drugiego człowieka. Potrzeba przemian, wprowadzenia systemu innego niż drapieżny, okrutny kapitalizm. Wymuszenie zapatrzenia się, nie tylko na siebie i swoje potrzeby, a ukierunkowanie na potrzeby, chociażby nadzwyczaj skromne - innych.
Więcej dawaj niż bierz - a los obdarzy cię łaskawością - i obdarzy podwójnie.

Czas na przemyślenia, bo człowiek rozumny, ma ku temu intelektualne możliwości.

Krzysztof Łysyganicz




 
 OECD: co piąte polskie dziecko jest ubogie
 

Co piąte polskie dziecko jest ubogie - alarmuje OECD. W porównaniu do innych krajów OECD Polska wypada najgorzej pod względem sytuacji materialnej i mieszkaniowej, całkiem dobrze zaś, jeśli chodzi o edukację - wynika z raportu, z którego szczegółami zapoznali się posłowie.

Na posiedzeniu Komisji polityki społecznej i rodziny dr. Simon Chapple z Wydziału Polityki Społecznej Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD) przedstawił szczegóły opublikowanego we wrześniu zeszłego roku raportu na temat sytuacji dzieci w krajach należących do OECD.

Jak wynika z raportu, przeciętny dochód rodziny w Polsce należy do najniższych wśród krajów OECD, a ponad 21 proc. polskich dzieci żyje poniżej granicy ubóstwa (przy średniej wynoszącej ok. 12 proc.). Jak podkreślił Chapple, gorzej mają tylko Meksyk i Turcja.



 Eurostat: 63 proc. Polaków nie stać na wakacje
 

1. 63 proc. Polaków nie stać, by raz w roku pojechać przynajmniej na tydzień urlopu poza miejsce zamieszkania - wynika z najnowszych danych Eurostatu o biedzie w Unii Europejskiej.

2. Z tych danych za rok 2008 wynika, że 20 proc. Polaków nie może sobie pozwolić na to, by wystarczająco ogrzać mieszkanie, 21 proc. - by przynajmniej raz na dwa dni jeść mięso, drób, rybę albo ich wegetariański, pełnowartościowy zamiennik, a 17 proc. nie stać na samochód. Po analizie tych wskaźników Eurostat policzył, że odsetek osób dotkniętych "materialnym niedostatkiem" wynosi w Polsce 32 proc., czyli należy do najwyższych w Europie. Oznacza to, że niemal co trzeci Polak pozbawiony jest, wbrew własnej woli, co najmniej trzech z dziewięciu dóbr materialnych różnych kategorii, które są wyznacznikiem poziomu życia.

3. Rodziny wielodzietne zagrożone ubóstwem
średnia w UE to 17 proc., natomiast w Bułgarii ten wskaźnik wynosi 51 proc., w Rumunii - 50 proc., na Węgrzech 37 proc., na Łotwie 35 proc. Najmniej osób, których nie stać na różnego rodzaju dobra, jest w Luksemburgu (4 proc.) oraz Holandii i Szwecji (5 proc.).

4. Od materialnego niedostatku Eurostat odróżnia biedę, która jest pojęciem względnym i zagraża osobom osiągającym przychody poniżej 60 proc. przeciętnego wynagrodzenia w danym kraju. KE tłumaczy, że środki poniżej takiego progu ubóstwa uniemożliwiają pełne uczestnictwo w życiu społecznym, gospodarczym i kulturalnym - stąd mowa o tzw. wykluczeniu, które jest pojęciem szerszym niż bieda. W UE wskaźnik ten utrzymuje się na stabilnym poziomie 17 proc., natomiast w Polsce spadł z 19 do 17 proc. Dane potwierdzają, że najbardziej zagrożone i objęte biedą są dzieci (22 proc. w Polsce i 20 proc. w UE).

5. Pracujących na etacie biedacy - czytaj w Onet Biznes

Najwięcej tak rozumianej biedy jest na Łotwie (26 proc.), w Rumunii (23 proc.) i w Bułgarii (21 proc.), podczas gdy najmniej w Czechach (9 proc.), Holandii i na Słowacji (11 proc.), przy czym trzeba pamiętać, że próg ubóstwa różni się znacząco w poszczególnych krajach.
Eurostat opublikował te dane z okazji inauguracji Europejskiego Roku Walki z Biedą i Wykluczeniem Społecznym pod auspicjami Komisji Europejskiej i hiszpańskiego przewodnictwa w UE.



 Pomagaj
 
Dla Ciebie to jedno kliknięcie, dla nich to kwestia godnego życia. Nie wahaj się!

 


 Konstytucja
 
Konstytucja - projekt Samoobrony
  

 


 Program
 
Program Społeczno-Gospodarczy Samoobrony
  




 Umowy
 
 1.  Umowa Stabilizacyjna
 2. Deklaracja programowa
      "Solidarne Państwo"




 
TVN
  
 
GW
  

poprzednio:  0  1  2  3  4  5